Bańkowa metafora

Siedzę na schodach drewnianego domku. W centrum Bieszczad (lub Bieszczadów, nie jestem pewna, która forma jest poprawna). Z miejsca, w którym siedzę widać Smerek, widać zresztą całe Połoniny. Naprawdę piękny krajobraz. Zamykam oczy i wciągam haust powietrza. Rozkoszuję się tą chwilą…

Chwilą. Naprawdę. Rozumieją, o czym mówię na pewno wszyscy, którzy spędzają wakacje z dziećmi. Obojętne czy swoimi czy nie. Dzieci (zwłaszcza te najmniejsze) mają to do siebie, że potrzebują kompana, zazwyczaj mamę lub tatę. Czasami ciocię albo wujka. Szczęśliwi Ci, którzy wypoczywają z większą ilością dzieci – istnieje wówczas prawdopodobieństwo, że zajmą się sobą nawzajem (oczywiście, dopóki się nie pokłócą). A więc rozkoszuję się chwilą i wdycham to cudowne górskie powietrze, kiedy…

Z domku obok nadbiega Dzidek. Zbliża się wymachując swoim „mieczem” i krzycząc „Mamuć, baaki!” (w wolnym tłumaczeniu: Mamuś, bańki!). Odbieram więc od niego sprzęt do baniek i zaczynamy zabawę. Z plastikowego kółeczka wydobywają się delikatne i wielobarwne bańki. Każda inna i każda kuliście idealna. Kiedy dmucham powoli, w skupieniu dozując powietrze pojawiają się duże, a nawet wielkie. Kiedy dmucham szybko i niby to od niechcenia wylatuje moc mniejszych, ale nie mniej pięknych banieczek.

Dzidek biega wokół, z początku zafascynowany, z dużą energią próbuje złapać każdą bańkę. Po chwili jednak traci cierpliwość, gdyż wiatr rozwiewa je, a część z nich po prostu rozpryskuje się kończąc swój kruchy żywot. W końcu nieco rozczarowany siada na stopniu obok mnie i czeka.

Czeka i denerwuje się. Raz po raz podrywa się i próbuje złapać bańkę, ale nie nadąża za nią, więc znowu wraca na stopień. Zazwyczaj wybiera tę największą i najbardziej niedostępną, nie dostrzegając małych, które przyniosłyby mu tyleż samo, jeśli nie więcej, radości.

I tak sobie siedzę i obserwuję tego mojego Malucha i przychodzi mi do głowy taka myśl. Bańka jest jak szczęście – sama do nas nie przyjdzie, to my musimy podnieść tyłek i wyjść jej naprzeciw. A kiedy już wychodzimy, to nie patrzmy gdzieś w dal, gdzie mieni się ta wielka, największa bańka z napisem „szczęście” – przyjdzie na nią czas. Zamiast gonienia za nią i frustracji, kiedy nie możemy jej złapać, skupmy się na mniejszych, tych, które są wokół, blisko, bardzo bliziutko, na wyciągnięcie ręki. Bo doceniając radości dnia codziennego nabieramy przecież wprawy, ćwiczymy się w „szczęściobraniu”.

Odwracam się więc do Dzidka i mówię: Zbieraj się Dzidziuś, leć za tymi bańkami!  Same do ciebie nie przyjdą. A! i pamiętaj o tych najmniejszych :)

 

Fiona, sierpień 2017