Bez niego się nie liczy

Było naprawdę wspaniale. Romantycznie i czule, albo ostro, dokładnie tak, jak lubiłam i jak chciałam. Było mi naprawdę świetnie. Ale w skali od 1 do 10 ten seks zasługuje na marne 4. Z minusem. Bo przecież nie było fajerwerków, wodotrysków, wrzeszczenia na całe gardło a po fakcie całe piętro nie wyszło na papierosa.

Właściwie, to chyba wcale nie było mi świetnie. Bo przecież bez orgazmu się nie liczy. Takie i podobne przekonania odkopuję w sobie.

  • seks bez orgazmu jest gorszy
  • seks bez orgazmu się nie liczy
  • jeśli nie będę mieć orgazmu to partnerowi będzie przykro
  • w łóżku trzeba coś udowodnić
  • orgazm waginalny jest lepszy
  • każda kobieta powinna mieć wielokrotne orgazmy

 

I tak dalej, i tak dalej.

Przekonania o konieczności szczytowania jako niezbędnego warunku udanego seksu.

Zapytałam kiedyś kilka kobiet, co dla nich oznacza „dobry seks”. Często (nie zawsze) okazywało się, że dobry, to taki, który jest zakończony orgazmem obojga partnerów.  Czasem pojawiały się dodatkowe obostrzenia, na przykład warunek orgazmu jednoczesnego. Ale bez orgazmu się nie liczy. Seks jest wtedy jakby niedokończony, gorszy, niepełny. I przez to czasem  – z chęci dobrnięcia do tego koniecznego, niezbędnego finału – staje się tragikomedią. Ona leży i modli się, żeby on już wreszcie doszedł, względnie leży i myśli „o księżnej Dianie, o nowej pralce, o testach do koła fortuny”, albo może rusza mechanicznie ręką czy ustami zaciśniętymi wokół jego członka, rozmyślając sobie o gospodarce centralnie planowanej, albo o tym, że jej lakier odprysnął na kciuku, albo martwiąc się, że to tyle trwa. W każdym razie, trzeba skończyć jak należy. Orgazmem. Swoim i jego. Za wszelką cenę, czasem więc trzeba się poświecić dla sprawy i trochę poudawać, żeby zakończyć misję sukcesem, nawet jeśli udawanym. Nie mogli tego seksu skończyć dopóki jeszcze było miło i przyjemnie, bo przecież nie było fajerwerków. Mission unaccomplished. A wtedy któraś ze stron czuje się winna. Albo obie.

Jeśli on nie doszedł, to znaczy, że kiepska ze mnie kochanka. Nie umiem go zaspokoić, nie podniecam go. Nieważne, że wzdychał i jęczał jak jeszcze mu się nigdy nie zdarzyło. Jeśli nie było spermy tryskającej pod sufit, nie liczy się. 

A jeśli ja nie miałam orgazmu – jestem oziębła/ jestem kiepska w łóżku/on jest kiepski w łóżku/będzie mu przykro*, w każdym razie, nie możemy tego seksu uznać za bardzo udany. Cóż, tym razem SIĘ NIE UDAŁO. Dwie godziny zabójczej gry wstępnej i kawałek fajnego zbliżenia nie mają większego znaczenia wobec braku Big O. 

 Znacie te przekonania, macie je, rezonują w was?

 

Orgazm generalnie trwa około, powiedzmy, dwóch, pięciu, dziesięciu sekund. A seks, od momentu zrzucania z siebie ubrań do momentu kiedy powiecie „Było miło” i sięgniecie po swojego smartfona, zajmuje około, powiedzmy, dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu minut. To oznacza, że orgazm stanowi jeden procent, jeśli nie mniej, całego czasu poświęconego na seks. Wyznaczanie tego jednego procentu jako celu całej gimnastyki wydaje się dosyć głupie.

Marty Klein, Inteligencja seksualna