Za oknem pół miliona stopni. Za klika godzin będzie milion. Trzy czy cztery rozgrzebane, niedokończone teksty. Dwa dokończone, miały iść do publikacji. Rzucam je wszystkie, zostawiam na później. Codzienna praca na dziś też niedokończona – później! Obiad – zdążę, albo i nie zdążę. Później. Rzucam wszystko, bo potrzebuję podzielić się z Wami moją dzisiejszą obserwacją świata. Ból jest wspaniałym przewodnikiem i nieskończenie mądrym nauczycielem. 

Impulsem do rozważań stał się ból fizyczny, który od kilku dni jest moim doradcą. A potem zauważyłam, że dotyczy to każdego rodzaju bólu – tego psychicznego, mentalnego „bólu istnienia” też.

Spokojnie, po kolei.

 

Ból jest z nieautentyczności. Z bagatelizowania prawdziwych potrzeb i niedoceniania aktualnych możliwości.

Cała ta lekcja zaczęła się w zeszłą środę na wieczornych zajęciach ashtanga jogi. Najpierw była to lekcja od mojego wielkiego , rozdętego ego. Ego, które koniecznie chciało zrobić coś, na co ciało nie było gotowe. Ale ego miało to gdzieś, choć wiedziało, że ciało tego nie umie, że nigdy tego nie robiło i nie ma przesłanek, że dziś to zrobi. Ale obok mnie była moja nauczycielka jogi, wyjaśniając, jak można zrobić to, co chcę zrobić. Nie kazała, nie oczekiwała, nie ponaglała, tylko pokazała. A moje wielkie ego (tak naprawdę bardzo je kocham) koniecznie chciało pokazać, że umie, żeby pani nauczycielka była dumna! Wiecie, ego to takie małe biedne skrzywdzone dziecko (nazywamy je czasem z przyjaciółką Egusiem), które tak bardzo pragnie uwagi i – przede wszystkim – miłości. Tak bardzo, że czasem robi naprawdę głupie rzeczy. I ja zrobiłam głupią rzecz. W efekcie, siedząc w lotosie i próbując zrobić coś czego nie potrzebowałam wtedy, usłyszałam serię przedziwnych chrupnięć gdzieś z boku pod lewym kolanem. Nawet nie bolało bardzo, tylko było dziwne. Praktykę dokończyłam niemalże bez bólu.

Ból przyszedł potem.

(mała uwaga: nie chciałabym, żebyście doszły / doszli do błędnego wniosku, że joga jest kontuzyjna. Nie jest. Będąc w stanie jogi nie można nabawić się kontuzji, to po prostu niemożliwe. Ale ja nie byłam wtedy w stanie jogi, byłam w stanie nadmuchanego ego, lub czegoś, co nazywamy z przyjaciółką „skurczem ego”).

Z kolanem właściwie jest dobrze, poza tymi momentami, kiedy jest źle. Podczas normalnych czynności praktycznie nie boli, ale odzywa się gdy próbuję z nim zrobić bardziej fikuśne rzeczy. Jak na przykład usiąść po turecku. Ja! Nie mogę! Normalnie! Siedzieć po turecku! Może dla niektórych to śmieszne, ale dla mnie to był szok. I tu zaczyna się prawdziwa lekcja od bólu.

 

Ból jest po to, by zwrócić na coś uwagę.

Każdy ból fizyczny i psychiczny. Ból domaga się przyjrzenia. Domaga się uszanowania. I tak, o zgrozo, domaga się łagodności, odpuszczenia, zmiany. Nie ucieczki, lekceważenia i zaprzeczenia. Każdy ból.

Mam poczucie, że po raz pierwszy w życiu prawdziwie uszanowałam ten swój ból i siebie w bólu, i było to prawdziwie transformujące i wyzwalające, pełne autentyczności przeżycie. Podczas kolejnej praktyki jogi pozwoliłam bólowi być i słuchałam co do mnie mówi, na co mi pozwala, czego się domaga. Mam poczucie, że po raz pierwszy w życiu potrafiłam zatrzymać się bez poczucia winy, bez wyrzutów sumienia, że powinnam więcej, bardziej, mocniej. Nie powinnam. Nie miałam poczucia, że powinnam być lepsza, lub że jestem gorsza. Jestem taka, jaka jestem. Jestem sobą teraz, taka właśnie, w 100%. Zatrzymuję się gdy boli i słucham, i sprawdzam. Czasem idę pół kroku dalej, a czasem z łagodnością się wycofuję. Wszystko co robię jest dobre, gdy słucham siebie. Po prostu nie może być inne. 

Ból kontuzjowanego kolana jest ze mną od tygodnia i stał się jednym z ważniejszych elementów mojego rozwoju. Nauczył mnie wiele. Wiele szacunku i miłości do siebie, akceptacji i autentyczności. Przez ostatnie dwa dni przerobiłam w sobie tyle myśli, łącznie z tymi, że co jeśli nigdy nie wrócę do dawnej sprawności? (mało prawdopodobne, ale znacie ego, ono kocha czarnowidztwo). Przyjęłam je, albo po prostu stałam z boku i obserwowałam.

Ale znów, nie chcę odnosić tego wszystkiego tylko do bólu fizycznych kontuzji. Zaczęły mi się przypominać różne sytuacje z mojego życia pełne bólu – rozumianego na różny sposób.

Moment, gdy już nie mogłam znieść mojej ówczesnej pracy. To był ból psychiczny, objawiający się niechęcią, apatią, i wszechogarniającym lękiem tuż po obudzeniu, choć przecież nie było się czego bać. To był sygnał: zatrzymaj się, przypatrz, coś w twoim życiu jest nie tak. Poparz, pomyśl, zauważ, uszanuj. Zlekceważyłam ten sygnał jak zawsze. Doprowadziłam się na skraj wytrzymałości psychicznej, co oczywiście odbiło się też na zdrowiu fizycznym.

Moment, gdy w moim ówczesnym związku „zaczęło się źle dziać”. To też był ból, cierpiałam, cierpieliśmy oboje, a ja wtedy nie potrafiłam usłyszeć co ten ból chce mi powiedzieć, choć było to tak głośne, że powinnam ogłuchnąć. Nie chciałam słyszeć, chciałam uciec jak zawsze albo udawać głuchą.

Kiedy się lekceważy ból, to można nabawić się jeszcze poważniejszej kontuzji. Fizycznej kontuzji. Psychicznej kontuzji. Czasem takiej okaleczającej na długo, czasem na zawsze.

Zaczęłam też myśleć o tym, jak bardzo chcemy uciekać od bólu. Każdego bólu. Łatwo to widać na przykładzie bólu fizycznego. Podobno statystycznie w aptekach najwięcej sprzedaje się środków przeciwbólowych. Nie chcę, by ktoś mnie opacznie zrozumiał – nie uważam, że jak boli to powinno boleć i cierp człowieku bo tak i już. Uważam, że obowiązkiem lekarzy jest ulżyć pacjentom w bólu w każdy możliwy sposób, bo ból bywa nie do zniesienia, potrafi wyłączyć całkowicie z funkcjonowania, potrafi zabić. Uważam, że kobiety powinny mieć prawo podczas porodu poprosić o bezpłatne znieczulenie (o znieczuleniu do porodu na życzenie wspaniale napisała Koralowa Mama, a ja podpisuję się pod każdym słowem, więc się nie będę powtarzać). ALE też uważam, że można przegiąć w drugą stronę (jak zawsze). Znam ludzi, którzy biorą tabletki przeciwbólowe przy najlżejszym bólu głowy, bólu który tak naprawdę mówi im: wyjdź się przewietrzyć. Napij się wody. Chipsy ci szkodzą, nie jedz ich tyle. Drugą stronę medalu też rozumiem – ogromnie współczuję migrenowcom i cieszę się, że są leki które choć minimalnie mogą ulżyć im w bólu. Podobnie z bólem menstruacyjnym, który też wywołuje wiele kontrowersji. On jest po coś i coś mówi. Może prosi o to, by wcześniej się położyć spać. By odpuścić trening na siłowni. A z drugiej strony wiem, że są kobiety, które z powodów np. anatomicznych niemalże mdleją z bólu co miesiąc i dobrze, że mogą w tym bólu dostać ulgę. Nie chodzi o to, by cierpieć na siłę. Cierpienie nie uszlachetnia. Chyba w gruncie rzeczy chodzi mi o refleksyjne podejście do swojego ciała. A w kontekście bólu psychicznego  – do swojego życia i chwili obecnej.

Każdy ból jest po coś. Każdy coś ci mówi. Mnie ból oczu wczoraj mówił: odejdź od komputera na piętnaście minut kobieto! Dokończysz za chwilę. Gdy ostatnim razem go nie posłuchałam, do bólu oczu dołączył się potworny ból głowy utrzymujący się nawet następnego dnia po przebudzeniu. Tym razem posłuchałam.

Bo ból jest wspaniałym przewodnikiem i nieskończenie mądrym nauczycielem. Choć niekoniecznie miłym.