Wychowałam się na wsi, gdzie wiele rzeczy wydawało mi się zupełnie naturalnych i oczywistych, bo nie znałam innego życia. Naturalne było to, że rano ptaki śpiewają tak głośno, że czasem już o czwartej rano nie nie można spać. Naturalne było to, że zimą wróble przylatują do karmnika. I naturalne było to, że nocą jest tak ciemno, że nie widać własnej ręki wyciągniętej przed twarzą, i tak cicho, że szum krwi brzmi jak huk wodospadu. Naturalne było też to, że biegało się po łące, łaziło po drzewach w lesie i płoszyło kaczki nad stawem. A najbardziej naturalne było to, że często chodziło się boso. Po trawie, często mokrej po wieczornym podlewaniu. Boso po gorącym asfalcie. A jak mama się zgodziła, to i po kałużach gdy spadł ciepły deszcz. Wtedy błoto tak śmiesznie przeciskało się pomiędzy palcami.

Potem, już w mieście okazało się, że to nie są takie oczywiste rzeczy, ale wielkie dobrodziejstwa, wielu ludziom niedostępne. A ja doceniłam je dopiero jako dorosła kobieta, kiedy zaczęłam wracać na wieś na weekendy i odkrywać wiele z tych rzeczy na nowo, i przypominać je sobie.

Tak jak przypomniałam sobie chodzenie boso. Po trawie, piasku i kamyczkach. Po ciepłym betonie.

Trawa przyjemnie łaskotała mnie w stopy. Czasem lekko kłuła. Mokra, była trochę zimna. I okazało się, że w kontakcie bosych stóp z trawą uważność jest bajecznie prosta. Medytacja jest bajecznie prosta. W tym momencie nie ma nic na świecie poza moimi stopami stawianymi z uwagą, miłością i skupieniem na tej mokrej trawie. Cały świat zamknął się w tych stopach i świadomych krokach. Cały świat zamknął się w zmyśle dotyku. I to było Piękne. I to było, w tej minucie, Szczęście w swoim wymiarze absolutnym.

Chciałabym móc tak na co dzień stąpać boso po trawie.