Patrzę w lusterko. Płynie ze mnie krew. Czerwona, pięknie wygląda na wargach sromowych. Płynie sobie i spokojnie wsiąka w ręcznik. A ja patrzę zafascynowana, jak na mały pierwotny cud. Myślę, że wyglądam pięknie.

(…)

Zachichotałam sama do siebie na myśl o tym, co właśnie robię. Koleżanki przewróciłyby się chyba z wrażenia, widząc mnie rozkraczoną przed lustrem, choć niektóre są przecież przyzwyczajone do mojej dziwnej fascynacji waginami. Ale fascynowanie się swoją krwią wypływającą spomiędzy nóg?

Pamiętam, że pierwszą miesiączkę dość ciężko odchorowałam psychicznie, i dużo czasu minęło, i dużo mojej pracy, by zmienić mój stosunek do menstruacji. Reklamy telewizyjne z błękitnym płynem wsiąkającym w podpaski i terror siany prze koleżanki „Czy aby nic mi nie widać??” nie pomogły. Ale udało się. Nie zostałam może wyznawczynią kultu świętej krwi miesięcznej, ale miesiączkę przyjmuję i akceptuję z miłością, jako część mojej wspaniałej kobiecej natury. Czasem nawet myślę, że ją lubię, i wtedy siebie też lubię bardziej.

***

– Nienawidzę mieć okresu! – słyszę głos koleżanki dobiegający z toalety, i myślę sobie, że po prostu nie rozumiem, co ona do mnie mówi. Nienawidzi? Dlaczego? Jak można nienawidzić czegoś, co jest częścią ciebie i twojej natury? Przecież to trochę tak, jakbyś nienawidziła siebie. Wiem, że niektóre kobiety przechodzą okres ciężko. Że są obolałe, puchną. Ja nie, więc może „łatwo mi mówić”. A może jest odwrotnie. Może podczas okresu nic mnie nie boli, bo po prostu go przyjmuję, akceptuję, znajduję wtedy chwilę, żeby zwolnić, zebrać siły na nowo. I nie myślę o nim z obrzydzeniem czy nienawiścią, modląc się, żeby jak najszybciej minął. Nie utożsamiam okresu z czymś brudnym, niehigienicznym. A wiem, że wiele kobiet tak robi.

(…)

***

Ciebie też zachęcam, popatrz na siebie. Nawet, a może zwłaszcza, jeśli uważasz, że to obrzydliwe.

 

Ten tekst napisałam na Seksualność Kobiet , gdzie można go przeczytać w całości, i gdzie wywołał małą burzę – a konkretnie, kontrowersyjny okazał się fragment dotyczący akceptacji czy nieakceptacji miesiączki, zwłaszcza, gdy wiąże się z bólem. No bo jak to, przecież to normalne, że nienawidzę miesiączki, jeśli z każdym razem zwijam się z bólu, albo mdleję, albo wymiotuję czy mam mroczki przed oczami.

Dla ciebie to normalne, i ja przyjmuję twoje zdanie, i daję ci prawo do twoich uczuć. Ale ja wybrałam inną filozofię, która u mnie się sprawdza. Filozofię miłości do całego swojego ciała. Proces dochodzenia do tego, to materiał na osobny artykuł. Ale dziś jestem w miejscu, w którym mogę powiedzieć: lubię siebie. Kocham siebie. Akceptuję siebie. Swoje trochę za grube nogi. Swoje niezbyt jędrne piersi. Swój trochę zbyt wystający brzuch. Nawet swoją pryszczatą cerę, choć to zabrało mi najwięcej czasu, ale umiem już patrzeć w lusterko bez nienawiści. Akceptuję siebie, i to jest w porządku. A jednocześnie mogę chcieć się zmienić (schudnąć, ujędrnić piersi, wyleczyć pryszcze czy bolesne miesiączki) i TO TEŻ JEST W PORZĄDKU. Akceptacja nie wyklucza chęci zmiany. Akceptacja jest miłością do siebie. Dla mnie jest też pierwszym i niezbędnym krokiem do zmiany.

Krokiem najtrudniejszym. Ale nie ma granic miłości i akceptacji siebie.

 

Maria Magdalena