Przydarzył mi się ostatnio moment smutku. Trwał tak długo, że miałam poczucie upływu dni, miesięcy, pór roku… Całych dekad smutku. Nie, nie miałam depresji – po prostu byłam w smutku. Nie chcę teraz wnikać w to,  kiedy się zaczął i od czego się zaczął. To nieistotne. Istotne jest to, jak na smutek reagowałam. Najpierw się go bałam, a później starałam za wszelką cenę pozbyć. To nie był mój pierwszy raz,  ale ten był wyjątkowy, bo po raz pierwszy przeszłam wszystkie fazy Żałoby po Utraconej Radości Życia:

Faza pierwsza: Zaprzeczenie „Jestem zadowolona, jestem szczęśliwa! Zadbam o siebie, zjem coś dobrego, zrobię sobie kąpiel. Obejrzę serial. Pójdę pobiegać! Zadzwonię do przyjaciółki. Jestem silna, jestem radosna!”

Faza druga: Gniew „K-wa, jak to? Tyle lat w samorozwoju, jestem fachowcem od szczęścia i nie potrafię wyjść z tego doła?? Ja pie-lę, nie, tak być nie może! Koniec! Przecież szczęście to kwestia wyboru!”

Faza trzecia: Targowanie się „Okej, okej, to ja teraz sobie popłaczę, a jak już wypłaczę, to jutro zacznę od nowa, całkiem radosna. Napiję się winka, napiszę do byłego, zjem czekoladę, zrobię sobie źle i dzięki temu później będzie dobrze.”

Faza czwarta: Depresja „To koniec… Już nigdy nie będę szczęśliwa… Wszystkie te lata rozwoju… Na darmo… Co za ściema… Nie chcę nikogo widzieć… Już nic mi nie pomoże…”

Faza piąta: AKCEPTACJA „Nie mam już siły. Poleżę sobie. Niech będzie, jak jest. Puszczam, nie walczę, niech się dzieje. Oddycham. Oddycham. Oddycham.”

Akceptacja. Przyjęcie siebie takiej, jaka jestem. W smutku, w dołku, w „jest mi źle”. Bez złości i nadziei, byłam z tym, co przyszło. Spokój, a w końcu – bycie w tu i teraz. Ulga. Przestrzeń. Wolność. Zaakceptowałam swój smutek, pozwalając mu zaistnieć. Nie trzymałam go, nie walczyłam, ani się nim nie rozkoszowałam, po prostu go przyjęłam. Wtedy poczułam, że smutku we mnie nie ma, ale smutek przeze mnie płynie. To była rzeka smutku, która obmywała moje zranienia, koiła ból i przygotowywała moje serce do nowego początku.

Zdałam sobie sprawę, że do tej pory za każdym razem zatrzymywałam się na którymś z pierwszych trzech etapów, rzadko dochodziłam do czwartego. Na siłę wyciągałam się za uszy ze smutku, surowo oceniając się za to, że go w ogóle czuję. Miałam poczucie winy, że czuję się smutna. Bo przecież smutni ludzie nie wygrywają. Minęły czasy Fernando Pessoi. Smutek nie jest dziś w cenie, a melancholia nie służy osiąganiu celów. Walczyłam więc ze swoim smutkiem, ukrywałam się przed ludźmi, grałam w okrutną grę pt.: „U mnie wszystko dobrze”.

Tymczasem, tłumione emocje zostawały w środku, bo nie dawałam im wybrzmieć, przepłynąć. Nie dałam im wykonać zadania, któremu służą. Domagały się więc uwagi, z czasem – coraz bardziej donośnie i coraz bardziej boleśnie.

Tym razem odważnie pozwoliłam sobie na smutek, doświadczyłam jego piękna i ukrytego w nim spokoju. Dałam sobie prawo do bycia taką, jaką jestem i czucia tego, co czuję. Smutek pomógł mi w procesie gojenia ran i dochodzenia do prawdy o sobie. Rwąca rzeka smutku przyniosła nową siłę, siłę do życia, siłę do Bycia. Nie było łatwo, ale było warto.