„Mogę nie spać, nie jeść i nie chodzić siku, jeśli będzie trzeba, ale muszę ogarnąć tysiąc spraw. Mieć tysiąc rąk, a każdą zajętą czymś innym. Pamiętaj, nie ma miejsca na błędy. Może inni mogą sobie na nie pozwolić, ale nie ja.”

To cytat z tekstu Magdy (http://www.krag-kobiet.pl/musze-byc-perfekcyjna/), który brzmi prawie, jak idealny opis miejsca, gdzie jestem teraz.

Prawie. Bo miejsce na błędy oczywiście u mnie jest. Ale nie na podstawowe, kardynalne błędy, za które się idzie do piekła, tylko na błędy pozorowane, pod kontrolą, bo przecież nikt nie lubi perfekcjonistów. Czasami można pomylić godzinę spotkania (to nawet urocze roztargnienie), ale nie można nie przygotować stroju na występ dziecka, nie mieć siły na spacer, nie powinno się nie mieć siły, żeby chodzić na siłownię, dbać o siebie, zdrowo się odżywiać, rzucić palenie, jeździć na rowerze do pracy, schudnąć, ale nie po to, żeby ładnie wyglądać (to tylko efekt uboczny), ale dla zdrowia.

I tu zaczyna się moja droga do akceptacji siebie. Właśnie w tym miejscu. W miejscu odległym od akceptacji o lata świetlne. Gdy siedzę w zabałaganionym pokoju (trzeba się pozbyć nadmiaru rzeczy – Marie Kondo „Magia sprzątania”), okładając się po głowie kolejnymi pozycjami literatury (żaden chłam: Jon Kabat-Zinn, Brene Brown – no wiecie) i powtarzając „musisz sobie odpuścić, musisz się akceptować, musisz być wystarczająco dobra”. Z każdym uderzeniem energia opuszcza mnie coraz bardziej. Cele, choć świetliste, stają się jeszcze odleglejsze. Im bardziej zmuszam się, żeby tam iść, tym bardziej tam nie jestem. Widzę to. Więc staram się bardziej. Jeszcze jedna książka, jeszcze jeden kurs, jeszcze jedna terapia – tym razem będzie inaczej.

No to dlaczego nie jest? Bywa inaczej, czemu nie. Umiem „dowozić” cele. Znam teorię motywacji i komunikację bez przemocy. Ale dla siebie mam przygotowane wyjątkowe narzędzia: kije i marchewki, wyzwiska, obelgi, nowe buty i kosmetyki. I efekty też mam. Dwa razy rzuciłam palenie – raz na sześć lat, raz na pół roku. Kilka razy schudłam, raz nawet dość spektakularnie. I co? I nie o to chodziło. Zmiany mnie obciążały zamiast uskrzydlać.

Czuję, że coraz bliżej jest moment konfrontacji twarzą w twarz z tym problemem. Zaczęłam od gorączkowych poszukiwań „planu działania”,  „action pointów”,  jakiejś instrukcji. Kiedy odpuściłam działanie i spróbowałam po prostu być („Śmiertelni nieśmiertelni” Ken Wilber), natychmiast zaczęłam szukać usprawiedliwień, wymówek, uzasadnień. Dlaczego mogę sobie przebaczyć niedoskonałość?  A jeśli rezygnuję z usprawiedliwień, w mojej głowie rozpoczyna się regularna bitwa – mnożą się wewnętrzne postaci i większość krzyczy, pokazując palcem na inną część osobowości: „to nie ja jestem winna, to ona”. Szukam w sobie perfekcyjnego wybaczenia, perfekcyjnego podejścia do życia, perfekcyjnego tego, czym nie jestem.

I wiem, do cholery, wiem, że nie tędy droga.

Tylko którędy? Jak znaleźć się w zabałaganionym pokoju pełnym pomysłów na życie i po prostu uznać, że tak, jak jest, jest idealnie? Co z tym dowcipem, gdy pacjent po terapii mówi, że wprawdzie dalej się moczy w nocy, ale teraz jest z tego dumny? Jak się odnaleźć pomiędzy pychą, a pobłażaniem? A może skala jest zupełnie inna? Jak sobie zaufać, że mimo braku bata, będzie się szło w dobrą stronę? Albo nie będzie się nigdzie szło i też będzie dobrze?

 

KIJANKA

 

fot. z archiwum Autorki