Czy to jest „takie proste”?

Zadzwoniła do mnie Ala i powiedziała, że mąż ją uderzył. Zdziwiłam się, bo nie wyobrażałam sobie, że ją można uderzyć (jeśli wiecie co mam na myśli), ale jakimś cudem udało mi się nie zareagować automatycznym komentarzem „no chyba żartujesz”. Wszak taki komentarz wyrażałby tylko moje oburzenie, moje zaskoczenie, moją złość, a nie o mnie przecież chodzi.

W każdym razie – Ala opowiedziała co się stało, powiedziała jak się czuje, obiecała pamiętać o mojej propozycji spania u mnie. Zapytała też co robić. Ja zawsze mówię, że wyjść z sytuacji do czasu gdy będzie bezpiecznie i – jeśli mnie pamięć nie myli – zawsze słyszę, że to nie jest takie proste i myślę sobie, że „o boże oczywiście, że jest”.

Po jakimś czasie zadzwonił Radek, mąż Ali, żeby mi powiedzieć – trzymajcie się – że Ala go zaatakowała. Nożem. „Na szczęście ją obezwładniłem i tylko mnie podrapała”. Był zrozpaczony, nie wiedział co robić, bał się, że z Alą jest gorzej i że trzeba będzie ją znowu odwieźć do szpitala psychiatrycznego. A przecież leki zdawały się pomagać. Planowali dziecko. Wszystko było niby cudownie, ale dlaczego Radek zaczął znowu pić?

Wszyscy mamy tendencję do komplikowania prostych spraw – jedni bardziej i częściej, inni rzadziej i nie aż tak mocno – ale naprawdę są czasem sprawy skomplikowane. Coś czasem naprawdę „nie jest takie proste”. Poza tym „co dla jednych jest sufitem to dla innych jest podłogą” i jeśli ja wiem (lub myślę, że wiem) jak rozwiązałabym jakiś problem, to nie znaczy, że to rozwiązanie zadziała dla kogoś innego. I za każdym razem, gdy wpychałam komuś moje złote rady, tak naprawdę narzucałam swoją wolę i okazywałam brak szacunku.

Nie powiedziałam Radkowi, co Ala mi powiedziała. Nie powiedziałam też Ali z czym dzwonił do mnie Radek. Nigdy się nie dowiedziałam kto kogo zaatakował i czy w ogóle. To nie jest takie proste.

U nich ok. Są w tym samym szpitalu, każde na swojej terapii.