Dlaczego nie noszę stanika?

Odpowiedź jest bardzo prosta – bo mogę :)

 

Zanim rozwinę ten tekst dalej, chcę zaznaczyć, że moim celem nie jest przekonywanie Was, żebyście porzuciły / spaliły / zakopały swoje staniki. Myślę, że każda z nas ma prawo do podejmowania takich decyzji jakie są dla nas najlepsze i jeśli uwielbiacie swoje staniki, dobrze się czujecie w nich i nie wyobrażacie sobie chodzenia bez – to wspaniale! Zachęcam Was jedynie do odwiedzenia dobrej brafitterki która dobierze stanik odpowiedni do waszego rozmiaru i nauczy go zakładać (tak tak, to nie jest takie hop siup). Jako ciekawostkę wspomnę tylko, że całe życie nosiłam osławione 75 B, dopóki brafftterka nie uświadomiła mi, że mój rozmiar (w ówczesnym czasie) to… 65 FF.

Wiem też, że mogą pojawić się argumenty, że łatwo mi mówić, bo mam mały biust (65 FF to już przeszłość). Tak, łatwo mi mówić, dlatego mówię za siebie i nikomu niczego nie nakazuję :) Jeśli zatem jesteście Stanikowymi Dziewczynami, lubicie staniki a Wasze piersi lepiej się czują w stanikach niż bez nich – to wspaniale.

A może, tak jak ja, niezbyt staniki lubicie, nie czujecie się w nich komfortowo, oddychacie z ulgą gdy możecie je zdjąć, ale nosicie je bo…

 

No właśnie, dlaczego nosimy staniki?

Serio, zastanawiałyście się kiedyś? Nosimy staniki bo wszystkie kobiety noszą – Twoja mama, babcia, koleżanka, ciocia i pani w sklepie noszą stanik. Te dziewczyny, które w podstawówce jako pierwsze nosiły staniki, były swego rodzaju „bohaterkami” (może czasem chłopcy się podśmiewali). Noszenie stanika to coś, czego się od kobiet niejako oczekuje, uważane jest to za normę społeczną, coś oczywistego, jest to „element bycia kobietą”, albo może powinnam raczej napisać „porządną kobietą”, „kobiecą kobietą”.

Taka odpowiedź – robię coś bo wszyscy to robią – nie satysfakcjonuje mnie. Zaczęłam się więc zastanawiać – dlaczego kobiety „muszą” nosić staniki. Przyszło mi do głowy kilka mniej lub bardziej racjonalnych (a czasem całkiem nieracjonalnych) powodów.

  • Bo jest to wygodne – stanik podtrzymuje piersi, zmniejsza ból pleców, szczególnie gdy kobieta ma duże piersi. Nawet jeśli w staniku jest niewygodnie, to bez niego jest jeszcze gorzej, zwłaszcza podczas biegania, uprawiania sportów czy nawet schodzenia po schodach.
  • Bo boimy się, że bez staników nasze piersi obwisną i po trzydziestym piątym roku życia będziemy szukać naszych sutków gdzieś w okolicach kolan, a z piersi będziemy sobie mogły zrobić szaliczki albo sobie nakryć nimi głowę podczas deszczu. Wiecie, uszy jamnika i te sprawy.
  • Bo gdy chodzi się bez stanika, to często widać sutki, co jest uważane za prowokujące i wyuzdane oraz przyciągające spojrzenia mężczyzn – oraz kobiet (a czasem również powodujące niewybredne komentarze)
  • Bo staniki są często piękne, czujemy się w nich bardziej seksownie, uwodzicielsko – zwłaszcza w tych koronkowych czy satynowych. Zdejmowanie stanika – czy to samodzielnie, czy przez partnera/partnerkę może być z kolei ciekawym elementem gry wstępnej.
  • Bo jest to „konieczność” podczas karmienia piersią (nie mam doświadczenia w tej kwestii, powtarzam obiegowe opinie – czy są tu mamy karmiące bezstanikowe?).
  • Bo jest to wymóg ze względu na dress code który obowiązuje w pracy (np. kobiety noszące bluzki koszulowe w miejscu pracy czują się niekomfortowo bez stanika i muszą go nosić)
  • Bo bez stanika jest zimno w sutki, co jest po prostu nieprzyjemne
  • Bo kobiety wstydzą się kształtu czy rozmiaru swoich piersi i chcą to skorygować stanikiem (np. typu push-up). Znam przypadki, gdy kobieta nie zdejmuje stanika podczas seksu właśnie z tego powodu, że wstydzi się wyglądu swoich piersi. Słyszałam też o sytuacjach gdy dziewczyny o bardzo małych piersiach nosiły dwa staniki push-up na raz, żeby piersi wydawały się dużo większe.

Czy coś pominęłam? Jeśli tak, dajcie znać w komentarzach jakie są Wasze powody. 

Jeśli chodzi o mnie, to nosiłam stanik właśnie dlatego, że wszystkie tak robią – wszystkie moje „normalne” koleżanki nosiły staniki, podobnie jak wszystkie kobiety w mojej rodzinie. To wydawało mi się zawsze takie oczywiste – żeby nosić stanik. Gdy byłam nastolatką, było dla mnie oczywiste, że musi to być push-up, bo moje piersi były małe. A powinny być duże, sterczące i najlepiej wyglądać jak dwa jabłuszka w koszyku (i kurde, nigdy tak nie wyglądały). I jakoś nie zastanawiało mnie to, że każdego wieczoru na mojej skórze widziałam czerwone pręgi, że było mi niewygodnie, że do szału doprowadzały mnie spadające ramiączka i fiszbiny wbijające mi się w ciało w najmniej odpowiednich momentach. Wydawało mi się, że tak po prostu musi być – to efekt programowania w kobietach takich przekonań jak „musisz cierpieć żeby być piękną” czy „my kobiety musimy się w życiu nacierpieć”. Na przykład nosząc stanik.

Potem dowiedziałam się o tym, że istnieje coś takiego jak profesjonalny dobór rozmiaru stanika, czyli brafitting. Przestałam się więc katować źle dobranymi stanikami. Było lepiej, ale… nadal niewygodnie. I drogo. Nadal z czerwonymi pręgami (choć mniej) i z tymi nienawistnymi fiszbinami. I z tym poczuciem, że trzeba. Bo chodzenie bez stanika dozwolone jest co najwyżej w domu. Poza domem raczej nie. Do pracy to już w ogóle brońcięboże, ale nawet na zakupy albo do kina lepiej założyć. Bo to kobiece. Bo to obowiązkowe.

Potem przyszedł czas gdy odkryłam staniki sportowe, a pushupy z fiszbinami cisnęłam w kąt. Ale zakładałam je nadal „na wielkie wyjścia”. Choć były niewygodne. Bo przecież nie wypada nie założyć stanika do eleganckiej sukienki. Bo się lepiej wygląda.

Wypada, wypada… wypadać to może dysk albo zęby mleczne. Zaczęłam zastanawiać się nad wieloma rzeczami które robię – dlaczego, po co? Co to znaczy że trzeba, że muszę, że wypada? Wiele z nich okazało się bez sensu. Tak jak bez sensu w moim przypadku obecnie jest noszenie stanika.

Mam w szafie trzy staniki sportowe w trzech różnych kolorach i jeden stanik tradycyjny z odpinanymi ramiączkami. Jednak od ponad miesiąca praktycznie nigdy nie noszę żadnego z nich (sportowy do niedawna na jogę, od niedawna już nie). Chodzę bez stanika do pracy, na zakupy, na spacer. Ostatnio nie założyłam stanika pod elegancką sukienkę jak szłam na kolację. Nie dlatego żeby prowokować, ale dlatego, że tak mi było wygodniej.

Protestuję przeciwko temu, by noszenie stanika było traktowane jak bezdyskusyjny obowiązek porządnej kobiety. I zapraszam cię – zastanów się dlaczego ty nosisz stanik. Z argumentem wygody (w sensie, że wygodniej ci w staniku niż bez) nie ma co dyskutować – wszak to właśnie argument wygody zadecydował o tym, że ja stanika nie noszę.

Ale już niektóre stanikowe przekonania warto weryfikować. Nie lubię gdy powtarzamy bezrefleksyjnie obiegowe przekonania, nawet się nad nimi nie zastanawiając. Nie sprawdzając, czy naprawdę w nie wierzymy? Czy naprawdę się z nimi utożsamiamy? Czy gdzieś kiedyś sprawdziłyśmy czy to prawda? Czy to nasze własne zdanie czy ktoś nam to próbuje wmówić?

 

Na przykład to, że staniki zapobiegają opadaniu / obwisaniu piersi. I że trzeba nosić stanik bo inaczej cycki nam będą wisieć do ziemi. Tutaj na dwoje babka wróżyła i, jako rzecze poeta, to zależy. Niektóre badania pokazują, że noszenie stanika wcale nie jest w stanie zapobiec nieuchronnym skutkom grawitacji; wręcz przeciwnie, okazuje się, że kobiety które noszą staniki przez większość dnia ( a czasem i nocy) są bardziej narażone na opadanie piersi ze względu na osłabienie tkanki łącznej która się „rozleniwia” wiecznie podtrzymywana przez biustonosz. Podobnie, źle dobrany stanik  – a takie niestety nosi wiele z nas – wcale nie będzie podtrzymywał piersi (zwłaszcza że jednym z najczęstszych błędów w doborze stanika jest za luźny obwód). Wreszcie, na fakt czy piersi nam obwisną czy nie (a raczej – jak bardzo obwisną, bo że obwisną to pewne), ma wpływ milion innych rzeczy poza stanikiem. Wśród nich geny, dieta, wahania wagi, palenie papierosów, wielkość biustu, aktywność fizyczna, ciąża… ale już o dziwo niekoniecznie karmienie piersią (klik) !

Zgadzam się też z argumentem, że ładne koronkowe staniki są po prostu bardzo seksowne. Ale szpilki też są seksowne, a nigdy ich nie noszę, bo mi się nie chce męczyć. Wolę założyć baleriny. A jeśli lubicie koronki a nie lubicie staników, to polecam rozejrzeć się za jakimś miękkim stanikiem typu bralette. Albo po prostu (tak jak ja), dajcie sobie spokój u uznajcie, że gołe piersi są najseksowniejsze w sypialni :)

Najdłużej trzymał się u mnie argument numer 3 – że stanik „muszę”, „powinnam” nosić bo bez stanika widać mi sutki (w sportowym staniku też widać, ale mniej). Omatkomatkomatko. I tak oto cały świat dowiedział się, że mam sutki. Tak, kobiety mają sutki. Czasem im te sutki widać. Najczęściej znaczy to, że kobiecie jest zimno albo jest podniecona. Dość mam tej sutkowej nagonki, budowania i umacniania w kobietach przekonania, że sutki widoczne pod ubraniem są prowokacją, zaproszeniem do flirtu, że są wyuzdane, jednoznacznie seksualne, że nie przystoi, albo że to zboczone. I że „sama się prosisz to potem się nie dziw”. Tak już wyszło, że te sutki mam. I co, mam je teraz obciąć albo zawsze pilnować żeby nie było ich widać, żeby nie siać zgorszenia?

Odpuściłam sobie sutkowy terror. Przez chwilę myślałam o kupieniu naklejek na sutki, ale puknęłam się w głowę i zrezygnowałam z tego. Jakoś świat sobie będzie musiał z moimi sutkami poradzić.

I na koniec (rekordowo długi ten tekst): Co mi to dało, że nie noszę stanika?

W pierwszej kolejności ogromny, ogromny komfort i wygodę. Oszczędność pieniędzy. I duży komfort bycia w swoim ciele. Tak, to chyba najważniejszy efekt. Zawsze uważałam moje piersi za mój „słaby punkt”, zawsze były jakieś nie takie. Zrezygnowanie ze zbroi z drutu i gąbki pomogło mi lepiej czuć się w ciele, z ciałem. Przyjmować je takie, jakie jest. Lubić, szanować, dbać o nie zgodnie z jego potrzebami. To dopiero jest seksowne!