Chciałam napisać o makijażu. I przyznam, że nie wiedziałam od której strony zabrać się za ten temat. Bo przecież makijaż to taki temat-rzeka. W pewnych kręgach uznawany za oczywistość. Na pewno kojarzycie te tabloidowe nagłówki o gwiazdach bez makijażu. Sensacja! Ostatnio to podejście jest coraz częściej krytykowane, a rozgłos i podziw zyskują te kobiety, które świadomie decydują się z makijażu zrezygnować: http://www.glamour.pl/artykuly/alicia-keys-rezygnuje-z-makijazu-i-inicjuje-ruch-nomakeup. Ogromną popularnością cieszy się też idea „przerabiania” lalek typu Bratz (z bardzo ostrym makijażem) na lalki bardziej naturalne, np. tu: http://treechangedolls.tumblr.com/.

Temat mi w głowie urastał, niemal całą książkę napisałam w myślach. Aż w końcu postanowiłam, że w tym wpisie skupię się tylko na sobie, na swoim doświadczeniu i swojej decyzji – dlaczego się nie maluję. 

Jeśli czytałaś wpis „Dlaczego nie noszę stanika” (KLIK) to najprawdopodobniej znasz odpowiedź na pytanie dlaczego się nie maluję – bo mogę :)

Zanim pójdziemy dalej, ważna informacja – ta sama co przy tekście stanikowym. Piszę o sobie, o swoich doświadczeniach, ze swojej perspektywy – to oczywiste. Nie stoję na stanowisku, że nie malowanie się jest lepsze niż malowanie się, a szminka, puder i maskara to narzędzia opresji. Nie uważam, że kobiety które się malują, są w jakiś sposób gorsze od tych co się nie malują, bo ulegają presji.

W tym tekście nie chcę Cię krytykować czy oceniać. Jeśli tak się poczułaś, to zatrzymaj się i zastanów  – dlaczego? Może sama się krytykujesz lub oceniasz?

Zapraszam Cię do rozmowy. Do przemyśleń. Do zastanowienia się, dlaczego ty się malujesz – jeśli się malujesz. Jakie są prawdziwe powody. Co by się stało, gdybyś poszła do pracy, do sklepu czy na randkę bez mejkapu – a może malujesz się np tylko do pracy? Jestem ciekawa jak sprawa makijaży wygląda u Ciebie! Zapraszam Cię do dzielenia się. Jeśli się nie malujesz – czy zawsze tak było? Czy też coś cię skłoniło do zrezygnowania z kosmetyków kolorowych?

Zatem, zaczynamy.

Tak jak napisałam, nie maluję się, bo MOGĘ się nie malować – i to „mogę” jest na wielu płaszczyznach.

Mogę, bo mam pracę do której nie muszę się malować. Specyfika tej pracy jest taka, że często wracam do domu uwalana w kleju, z rozciętym palcem i połamanymi paznokciami (choć obcinam je maksymalnie krótko. Manicure zajmuje mi więc tyle, ile obcięcie paznokci i, czasem, zadbanie o skórki). Wiem, że nie każda kobieta może nie malować się do pracy – i uważam, że to niesprawiedliwe i dyskryminujące. W idealnym świecie, zawsze mogłybyśmy wybrać: malować się do pracy czy nie? I każdy wybór byłby uszanowany i ważny. W rzeczywistości, wiele z nas tego wyboru nie ma, po prostu malować się muszą, tak jak niektóre z nas muszą do pracy nosić buty na obcasie czy garsonki. Ja do mojej poprzedniej pracy zawsze nakładałam make-up, taka specyfika zawodu, wydawało mi się, że to oczywiste. Innym – równie ważnym powodem było to, że dzięki makijażowi wyglądałam starzej / doroślej i byłam traktowana poważnej. Teraz nie muszę.

Mogę, bo nie mam wielkich problemów z cerą, które potrzebowałabym zakryć. Wiem, że dla wielu kobiet makijaż jest błogosławieństwem. Mogą zatuszować nie tylko drobne „niedoskonałości”, jak podkrążone oczy, popękane naczynka czy nierówny koloryt cery. Myślę tu o kobietach z bardzo zaawansowanym trądzikiem, z dużymi przebarwieniami czy bliznami na twarzy. Dla nich makijaż to coś więcej niż „poprawianie urody” i ja to rozumiem i cieszę się, że mogą z dobrodziejstw makijażu skorzystać.

Ja nie mam bezproblemowej porcelanowej buzi, wręcz przeciwnie, mam czasem problemy z wypryskami, przebarwienia i rozszerzone pory, ale teraz, w tym momencie mojego życia nie czuję potrzeby „zamalowywania” ich. Zamiast w kolorówkę, inwestuję w dobre naturalne olejki do twarzy (zrezygnowałam z kremów), robię czasem pilingi i maski, staram się odżywiać moją skórę dobrym jedzeniem i piciem wody oraz odpowiednią dawką snu (a potem wszystko trafia szlag, gdy opycham się czekoladą ;)).

Mogę, bo dobrze się czuję patrząc na swoją twarz bez makijażu. Umówmy się – nie zawsze wyglądam dobrze. Ba! To niemal oczywiste, że jeśli nałożę podkład, poder i tusz do rzęs to będę w opinii wielu osób (i w swojej własnej) wyglądać „lepiej”. Czasem wstaję rano, patrzę na siebie w lusterku i zastanawiam się co też się stało dziś z moją twarzą, że wygląda tak jak wygląda :) Ale zawsze staram się patrzeć na swoją buzię z miłością, albo co najmniej bez niechęci, bez krytykowania jej w myślach. Uważam, że to bardzo ważne, żeby w pełni akceptować, doceniać i uwielbiać swój wygląd bez makijażu. Nawet jeśli robi się ten makijaż codziennie. Bo wtedy podkład, puder i kredka nie są ucieczką, ale rzeczywiście świadomym wyborem – maluję się bo lubię, bo chcę – a nie dlatego, że muszę, bo nie mogę znieść wyglądu swojej naturalnej twarzy.

Mogę, bo czuję stuprocentową akceptację mojego partnera dla mojego wyboru. Nigdy, ani słowem, ani w żaden inny sposób nie dał mi do zrozumienia, że fajnie by było jakbym sobie raz na czas przypudrowała nos i pomalowała wargi. Nigdy nie zasugerował, że mogłabym się trochę podmalować jak idziemy na kolację do restauracji. Wręcz przeciwnie, wiele razy mówił, że najbardziej lubi gdy nie nakładam żadnych kosmetyków kolorowych. Czasem, gdy pomaluję usta, mówi, że wyglądam pięknie. Mówi mi to też każdego innego dnia, gdy jedyne co mam na twarzy to olejek migdałowy (polecam! I lawendowy, do masażu twarzy).

Jak sobie teraz o tym myślę, to w żadnym z moich związków nie czułam presji ze strony chłopaka, żeby się malować. Ciekawa jestem, jakie są w tym obszarze Wasze doświadczenia? Legenda miejska głosi, że była taka koleżanka koleżanki, której chłopak nigdy w życiu nie widział bez pełnego makijażu.

Mogę, bo mam w sobie gotowość do przyjęcia konsekwencji tej decyzji. Na przykład tego, że przez większość osób jestem uważana za dużo młodszą niż w rzeczywistości, co przekłada się na to jak jestem postrzegana / traktowana. Rzeczywiście, bez makijażu wyglądam czasem wręcz dziecięco, nastoletnio. Pytanie o dowód osobisty w sklepie monopolowym to właściwie norma. Pogodziłam się z tym, nie przeszkadza mi to, raczej bawi. Ale, tak jak wspomniałam – w mojej poprzedniej pracy nie mogłam sobie pozwolić na wyglądanie dziewczęco i młodo – i nie wiem, co bym zrobiła, gdybym znowu miała podjąć taką pracę. Czy wróciłabym do makijażu?

Kolejną konsekwencją jest to, że potrzebuję znaleźć inne sposoby na wyrażanie swojej kobiecości. Smoky eyes, pomalowane paznokcie, róż na policzkach, buty na obcasie – to przecież sposoby na podkreślenie swojej kobiecości, seksowności. Ja potrzebowałam znaleźć sobie inne – wszak makijażu nie nakładam, paznokci nie maluję a moje ulubione buty to adidasy.

Ostatnio na przykład poczułam wielką potrzebę zapuszczenia włosów, żeby taka rozwiana grzywa się za mną ciągnęła dodając mi romantycznego uroku gdy tak sobie hasam w tych adidasach :) Czasem, jeśli pogoda pozwala, noszę sukienki, które uwielbiam. Podkreślam moją kobiecość perfumami, zapachami które lubię. Lubię też wcierać w ciało pięknie pachnące olejki czy masła, dają mi one uczucie rozpieszczenia :). W ostateczności, gdy potrzebuję się poczuć ultrakobieco, to jednak „łamię się” i sięgam po kolorówkę – maluję usta na krwistoczerwony kolor, albo na intensywny róż (i nie, nie nakładam podkładu ani nie tuszuję rzęs, choć ponoć to straszne faux pas taką „gołą” pomadkę nosić).

Wiem też, że przez niektóre osoby (kobiety i mężczyzn) będę uznana za kobietę niezadbaną, właśnie ze względu na to, że nie nakładam na twarz makijażu czy nie maluję paznokci. Spotkałyście się kiedyś z takim poglądem – że kobiety które się nie malują są uznawane za niezadbane?

Krótkie podsumowanie – co mi daje to, że się nie maluję?

W pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy niesamowita oszczędność czasu i pieniędzy :) Ale za tym niemalowaniem się musi stać coś więcej, bo w obecnym momencie mojego życia na brak czasu ani pieniędzy nie narzekam, więc malować bym się mogła. Zatem co jeszcze? Zauważyłam na pewno, że moja cera dużo lepiej wygląda, gdy przestałam używać podkładu, pudru czy kremu BB (kiedyś było to błędne koło – stosowanie tych specyfików pogarszało stan mojej twarzy, przez co stosowałam ich jeszcze więcej żeby zatuszować niedoskonałości). I przede wszystkim, wydaje mi się, że bez makijażu czuję się bardziej sobą. Tak jak bardziej sobą się czuję w sukience niż w dżinsach, w górach niż w mieście. Moja wewnętrzna kobieta na pewno nie nosi makijażu (i ma zielone oczy – napiszę Wam kiedyś wpis o wewnętrznej kobiecie).

Ciekawa jestem, jaki jest Wasz stosunek do makijażu. Dajcie znać w komentarzach! Jeśli Waszą odpowiedzią jest: maluję się bo lubię – napiszcie proszę więcej! Co dokładnie lubicie w makijażu?

P.S. Ostatnio się zastanawiałam, czy jakbym miała kiedyś np. wyjść za mąż, to czy zrobiłabym sobie makijaż na ten dzień. I wyszło mi, że nie :)