Dlaczego się nie maluję?

Dlaczego się nie maluję?

Chciałam opowiedzieć o makijażu. O swoim doświadczeniu i swojej decyzji – dlaczego się nie maluję. 

Mówię o sobie, o swoich doświadczeniach, ze swojej perspektywy – to oczywiste. Nie stoję na stanowisku, że nie malowanie się jest lepsze niż malowanie się, a szminka, puder i maskara to narzędzia opresji. Nie uważam, że kobiety które się malują, są w jakiś sposób gorsze od tych co się nie malują, bo ulegają presji.

Zapraszam Was do rozmowy. Do przemyśleń. Do zastanowienia się, dlaczego się malujecie – jeśli się malujecie. Jakie są prawdziwe powody. Co by się stało, gdybyś poszła do pracy, do sklepu czy na randkę bez mejkapu – a może malujesz się np tylko do pracy? Jestem ciekawa jak sprawa makijaży wygląda u Was! Zapraszam Was do dzielenia się. Jeśli się nie malujesz – czy zawsze tak było? Czy też coś cię skłoniło do zrezygnowania z kosmetyków kolorowych?

Ja nie maluję się, bo MOGĘ się nie malować – i to „mogę” jest na wielu płaszczyznach.

Mogę, bo mam pracę do której nie muszę się malować. Specyfika tej pracy jest taka, że często wracam do domu uwalana w kleju, z rozciętym palcem i połamanymi paznokciami (choć obcinam je maksymalnie krótko. Manicure zajmuje mi więc tyle, ile obcięcie paznokci i, czasem, zadbanie o skórki). Wiem, że nie każda kobieta może nie malować się do pracy – i uważam, że to niesprawiedliwe i dyskryminujące. W idealnym świecie, zawsze mogłybyśmy wybrać: malować się do pracy czy nie? I każdy wybór byłby uszanowany i ważny. W rzeczywistości, wiele z nas tego wyboru nie ma, po prostu malować się muszą, tak jak niektóre z nas muszą do pracy nosić buty na obcasie czy garsonki. Ja do mojej poprzedniej pracy zawsze nakładałam make-up, taka specyfika zawodu, wydawało mi się, że to oczywiste. Innym – równie ważnym powodem było to, że dzięki makijażowi wyglądałam starzej / doroślej i byłam traktowana poważnej. Teraz nie muszę.

Mogę, bo nie mam wielkich problemów z cerą, które potrzebowałabym zakryć. Wiem, że dla wielu kobiet makijaż jest błogosławieństwem. Mogą zatuszować nie tylko drobne „niedoskonałości”, jak podkrążone oczy, popękane naczynka czy nierówny koloryt cery. Myślę tu o kobietach z bardzo zaawansowanym trądzikiem, z dużymi przebarwieniami czy bliznami na twarzy. Dla nich makijaż to coś więcej niż „poprawianie urody” i ja to rozumiem i cieszę się, że mogą z dobrodziejstw makijażu skorzystać.

Ja nie mam bezproblemowej porcelanowej buzi, wręcz przeciwnie, mam czasem problemy z wypryskami, przebarwienia i rozszerzone pory, ale teraz, w tym momencie mojego życia nie czuję potrzeby „zamalowywania” ich. Zamiast w kolorówkę, inwestuję w dobre naturalne olejki do twarzy (zrezygnowałam z kremów), robię czasem pilingi i maski, staram się odżywiać moją skórę dobrym jedzeniem i piciem wody oraz odpowiednią dawką snu (a potem wszystko trafia szlag, gdy opycham się czekoladą ;)).

Mogę, bo dobrze się czuję patrząc na swoją twarz bez makijażu. Umówmy się – nie zawsze wyglądam dobrze. Ba! To niemal oczywiste, że jeśli nałożę podkład, poder i tusz do rzęs to będę w opinii wielu osób (i w swojej własnej) wyglądać „lepiej”. Czasem wstaję rano, patrzę na siebie w lusterku i zastanawiam się co też się stało dziś z moją twarzą, że wygląda tak jak wygląda :) Ale zawsze staram się patrzeć na swoją buzię z miłością, albo co najmniej bez niechęci, bez krytykowania jej w myślach. Uważam, że to bardzo ważne, żeby w pełni akceptować, doceniać i uwielbiać swój wygląd bez makijażu. Nawet jeśli robi się ten makijaż codziennie. Bo wtedy podkład, puder i kredka nie są ucieczką, ale rzeczywiście świadomym wyborem – maluję się bo lubię, bo chcę – a nie dlatego, że muszę, bo nie mogę znieść wyglądu swojej naturalnej twarzy.

Mogę, bo czuję stuprocentową akceptację mojego partnera dla mojego wyboru. Nigdy, ani słowem, ani w żaden inny sposób nie dał mi do zrozumienia, że fajnie by było jakbym sobie raz na czas przypudrowała nos i pomalowała wargi. Nigdy nie zasugerował, że mogłabym się trochę podmalować jak idziemy na kolację do restauracji. Wręcz przeciwnie, wiele razy mówił, że najbardziej lubi gdy nie nakładam żadnych kosmetyków kolorowych. Czasem, gdy pomaluję usta, mówi, że wyglądam pięknie. Mówi mi to też każdego innego dnia, gdy jedyne co mam na twarzy to olejek migdałowy (polecam! I lawendowy, do masażu twarzy).

Jak sobie teraz o tym myślę, to w żadnym z moich związków nie czułam presji ze strony chłopaka, żeby się malować. Ciekawa jestem, jakie są w tym obszarze Wasze doświadczenia? Legenda miejska głosi, że była taka koleżanka koleżanki, której chłopak nigdy w życiu nie widział bez pełnego makijażu.

Mogę, bo mam w sobie gotowość do przyjęcia konsekwencji tej decyzji. Na przykład tego, że przez większość osób jestem uważana za dużo młodszą niż w rzeczywistości, co przekłada się na to jak jestem postrzegana / traktowana. Rzeczywiście, bez makijażu wyglądam czasem wręcz dziecięco, nastoletnio. Pytanie o dowód osobisty w sklepie monopolowym to właściwie norma. Pogodziłam się z tym, nie przeszkadza mi to, raczej bawi. Ale, tak jak wspomniałam – w mojej poprzedniej pracy nie mogłam sobie pozwolić na wyglądanie dziewczęco i młodo – i nie wiem, co bym zrobiła, gdybym znowu miała podjąć taką pracę. Czy wróciłabym do makijażu?

Kolejną konsekwencją jest to, że potrzebuję znaleźć inne sposoby na wyrażanie swojej kobiecości. Smoky eyes, pomalowane paznokcie, róż na policzkach, buty na obcasie – to przecież sposoby na podkreślenie swojej kobiecości, seksowności. Ja potrzebowałam znaleźć sobie inne – wszak makijażu nie nakładam, paznokci nie maluję a moje ulubione buty to adidasy.

Ostatnio na przykład poczułam wielką potrzebę zapuszczenia włosów, żeby taka rozwiana grzywa się za mną ciągnęła dodając mi romantycznego uroku gdy tak sobie hasam w tych adidasach :) Czasem, jeśli pogoda pozwala, noszę sukienki, które uwielbiam. Podkreślam moją kobiecość perfumami, zapachami które lubię. Lubię też wcierać w ciało pięknie pachnące olejki czy masła, dają mi one uczucie rozpieszczenia :). W ostateczności, gdy potrzebuję się poczuć ultrakobieco, to jednak „łamię się” i sięgam po kolorówkę – maluję usta na krwistoczerwony kolor, albo na intensywny róż (i nie, nie nakładam podkładu ani nie tuszuję rzęs, choć ponoć to straszne faux pas taką „gołą” pomadkę nosić).

Wiem też, że przez niektóre osoby (kobiety i mężczyzn) będę uznana za kobietę niezadbaną, właśnie ze względu na to, że nie nakładam na twarz makijażu czy nie maluję paznokci. Spotkałyście się kiedyś z takim poglądem – że kobiety które się nie malują są uznawane za niezadbane?

Krótkie podsumowanie – co mi daje to, że się nie maluję?

W pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy niesamowita oszczędność czasu i pieniędzy :) Ale za tym niemalowaniem się musi stać coś więcej, bo w obecnym momencie mojego życia na brak czasu ani pieniędzy nie narzekam, więc malować bym się mogła. Zatem co jeszcze? Zauważyłam na pewno, że moja cera dużo lepiej wygląda, gdy przestałam używać podkładu, pudru czy kremu BB (kiedyś było to błędne koło – stosowanie tych specyfików pogarszało stan mojej twarzy, przez co stosowałam ich jeszcze więcej żeby zatuszować niedoskonałości). I przede wszystkim, wydaje mi się, że bez makijażu czuję się bardziej sobą. Tak jak bardziej sobą się czuję w sukience niż w dżinsach, w górach niż w mieście. Moja wewnętrzna kobieta na pewno nie nosi makijażu (i ma zielone oczy – opowiem Wam kiedyś o wewnętrznej kobiecie).

Ciekawa jestem, jaki jest Wasz stosunek do makijażu. Jeśli Waszą odpowiedzią jest: maluję się bo lubię – napiszcie proszę więcej! Co dokładnie lubicie w makijażu?



21 thoughts on “Dlaczego się nie maluję?”

  • Dzięki za ten artykuł. Pojawił się w najlepszej porze – latem, kiedy tusz spływa po polikach strumieniami ;)
    Temat ten jest też szczególnie ważny dla mnie osobiście.
    Niedawno sama podjęłam decyzję #nomakeup
    Była podyktowana tym, iż miałam dosyć spływających specyfików w 30 stopniowych temperaturach.
    Klimatyzacja i palący oczy monitor wymuszał tarcie oczu.
    Wiadomo, że nie wyglądam najlepiej bez zatuszowania cieni pod oczami, wyprysków,
    regulacji kolorytu cery czy podkreślenia koloru rzęs, ale zawsze lepsze to niż tzw. panda.
    Poza tym, tak jak napisałaś o sobie podkłady i pudry, a nawet kremy BB zapychały pory do tego stopnia,
    że na twarzy pojawiało się więcej niedoskonałości.
    Niestety, gdybym miała naście lat moja twarz bez makijażu wyglądałaby idealnie.
    Z biegiem czasu niestety skóra traci nawilżenie i bez „pokolorowania” wygląda się
    bardzo „niewyraźnie”. Szczególny problem mają blondynki z jasną oprawą oczu.
    Na szczęście ten ostatni problem mnie nie dotyczy. Może mogę więc pozwolić sobie także na #nomakeup ?
    Zaczęłam więc interesować się metodami naturalnego podkreślania elementów urody.
    Wspaniale, że w Internecie jest pełno artykułów-poradników na ten temat.
    Używam teraz maseczek tzw bankietowych, olejek rycynowy albo oliwa z oliwek na rzęsy (ta ostatnia na linie nad rzęsami), odżywka pod maskarę, albo zamiast, kremy i żele do mycia twarzy z kwasem hialuronowym,
    balsamy do ciała, ust np. miód+cukier, płyn micelarny, itd.
    To właśnie stosuję na codzień. Dodaję jedynie korektor na brodę, ponieważ tu jest właśnie takie chore miejsce, na którym pojawiają się wypryski :(
    Zamierzam jednak ponownie spróbować iść z tym do dermatologa. Kiedy mam ochotę, lekko pociągnę usta kolorowym błyszczykiem.
    Pełny makijaż robię teraz tylko na specjalne okazje, kiedy trzeba wyglądać choćby profesjonalnie – ważne spotkania, rozmowy, swój ślub ;)
    Uważam, że wtedy wyglądam ładnie, mój typ urody czy też po prostu kształt twarzy wymaga takiego podkreślenia i dobrze się z tym czuję :)
    I w ten sposób odkryłam, że chodzi tu o niewłaściwą pielęgnację: źle dobierane kosmetyki, nadmierne przesuszenie skóry, nie do końca
    zmyty makijaż, mała ilość snu, nie wypijanie odpowiedniej ilości wody.
    Co do facetów, jeszcze nie usłyszałam, żeby któryś z nich (ani ojciec, ani mąż) mówił, że zadbana kobieta wygląda źle bez makijażu. Wręcz przeciwnie. Raczej sami wytykają wszelkiego rodzaju tapeciary.
    Pozdrawiam i życzę wytrwałości ;)

    • Dziękuję :) z wytrwałością nie ma problemu – gdy już raz posmakowałam wygody i komfortu życia bez makijażu, nie widzę powrotu :) zupełnie nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że biorę teraz np. podkład i nakładam go sobie na twarz. Rodzi mi się w głowie pytanie – po co :))))))

      Poruszyłaś też super ciekawą kwestię o której ja zapomniałam, bo na Islandii nie ma upałów. No właśnie! Ten makijaż spływający w 30 stopniach. Ja to pamiętam do tej pory, jak szłam rano do pracy, a zanim do niej doszłam, z makijażu nic nie pozostawało… i ta moja frustracja i poczucie bezsilności i wściekłość na siebie, że mi się tak twarz poci, i poszukiwania rozwiązań tego „problemu”…

  • Lubię się malować! Ale tego nie robię zbyt często (po prostu szkoda mi czasu. no dobra! jestem leniwa:)). i może właśnie dlatego lubię. Gdybym musiała (tak, musiała) robić makijaż każdego dnia rano i co najgorsze, co wieczór go zmywać, na pewno bym nienawidziła makijaż. Maluję się, kiedy chcę – kiedy wychodzę na imprezę, ważniejsze spotkania czy randki. Lubię nakładać kosmetyki i cieszyć się z efektów mojej pracy, ale lubię to robić powoli i przez tyle czasu, ile potrzebuję. Codzienny makijaż sprawiłby, że stałby się przykrym obowiązkiem.

    • I tu chyba jest klucz do wszystkiego- robisz to, bo lubisz, bo ci to sprawia frajdę, bo pozwala świętować – to są wg mnie bardzo fajne powody do tego, by się malować :)

  • Dla mnie makijaż stanowi taki odpowiednik małego święta – kiedy mam ochotę i czas. Nie katuję się codziennym makijażem, BO NIE MUSZĘ. ale prywatnie lubię:)

  • Ależ tajming! ☺ Właśnie przeżyłam dwa tygodnie urlopu i wszystkie 14 dni bez makijażu! Maluję się do pracy. Bo mi się wydaje że powinnam. I chociaż mój łanderful, pod tym względem, szef który wspiera moje siwiejące i niefarbowane włosy, kilka razy mi powiedział żebym się nie malowała to mi się wydaje że klienci i takie tam. A dziś rano wmasowałam kremik (taki specjalny, niby leczący przebarwienia com go w piątek kupiła bo te przebarwienia nabyte w śródziemnomorskim słońcu 8 lat temu też są powodem dla których nakładam makijaż) i nie położyłam na nim podkładu! Taka szalona byłam ? Ale popudrowalam sypkim i lekko zakorektorowałam co większe muchy. I tak poszłam do pracy gotowa bronić się przed krytyką a także z akcesoriami do makijażu w torebce jakby co. I co? Ano nic. Nikt nie zauważył! To siłą rozpędu poszłam w tym makijażu-niemakijażu na spotkanie 9 znamionach randki. I co? Znowu nic. Usłyszałam tylko że mam dziewczęce rysy twarzy.
    I poczułam się cudownie! Uświadomiłam sobie że MAM WYBÓR. Uwielbiam mieć wybór ☺ Jutro rano zdecyduję czy się pomalować czy nie. Pięknie jest.
    Czaswm lubię malować powieki na kolorowo. Czasem obłędnie kolorowo – na różne kolory i we wzorki wychodzące daleko na skroń. Szminka rzadko gości na mych ustach bo ja ciągle jem albo herbatę piję i nakładanie jej jest bez sensu bo wiecznie ją zjadam. Ale podobają mi się pomalowane usta choć czasem mam wrażenie że intensywne kolory na ustach mnie postarzają.
    Buziaki nieumalowane kobiety kochane! ☺

  • Ja nie maluję się od ponad pół roku i czuję się z tym świetnie. Zaczęło się od tego, że mój chłopak tak chwalił mój wygląd bez makijażu i tak pewnego dnia po prostu nie chciało mi się pomalować, stwierdziłam wtedy, że wyglądam całkiem fajnie i od tego czasu już się nie pomalowałam. Jedynie pomadka ochronną w czasie zimy bo pękały mi usta od mrozu ;)

    • Ze swojego doświadczenia i z Twojego komentarza widzę, że duże znaczenie ma entuzjastyczne nastawienie partnera :)
      Ja dzięki temu, że się nie maluję, mogłam też przestać używać kosmetyków typu pianki czy żele do mycia twarzy. Myję twarz wodą i nakładam na nią olej arganowy, mogdałowy lub inny. I przyznaję, że nigdy wcześniej moja buzia nie wyglądała tak dobrze jak teraz.

  • Ja kolorowe kosmetyki traktuję jak dopieszczanie się bardziej niż obowiązek, albo „zakładanie twarzy”. Przez 80% czasu chodzę bez makijażu, a teraz jeszcze kończę stare zapasy kolorowych i albo zrobię swoje własnoręczne – by mieć pewność składu, albo odstawię do czasu, aż będę miała ochotę. Żadna przesada nie jest zdrowa. Zaciekawił mnie jednak fragment „znaleźć inne sposoby na wyrażanie swojej kobiecości” i zamarłam. Znowu, jak we wczesnym nastolęctwie poczułam się „niekobieca”- wyśmiewana przez moją klasę, bo byłam wysoka i płaska. Ale mój buntowniczy duch mi już podrzucił zadziorną odpowiedź. Jak to wyrażać swoją kobiecość? Przecież ona nie potrzebuje wyrażania, bo całe kobiece ciało, niezależnie od kształtu, koloru rozmiaru i owłosienia jest kobiece. Podkreślenie kobiecości poprzez luźniejszą ale lekką odzież, by przy każdym ruchu przylegała do krągłości ciała i zalotnie eksponowała np. szyję to rozumiem. Zewnętrzne kulturowo pojęte oznaki kobiecości jak piersi, długie rzęsy, długie włosy nie mają związku z kobiecością jako siłą i energią, chyba, że dla danej kobiety akurat to jest ważne. Nie ma natomiast nic piękniejszego niż kobieta i mężczyzna z błyskiem w oku, ten błysk w oku jest jakby manifestacją tego, że są to osoby pełne, pogodzone z własnym ciałem, z własną seksualnością i jestestwem. Uwolnijmy się od sztywnych zasad i same definiujmy to co jest kobiece. Ja nigdy nie czułam się bardziej kobieco i seksownie jak ogoliłam głowę- króciutko do skóry. Mój mąż mówi, że najseksowniej wyglądam w dziurawych jeansach i bokserce. Dla mnie kobiecość to siła- siła kobiety, która przeżywa wojnę, która opatruje rany, która uosabia energię bogini dającej i odbierającej życie. Mdlejące dziewczęta są dla mnie zabawne, są takie dziewczęce, a dziewczyna a kobieta to jednak różnica. Nie dajmy się zamknąć w tych dziwnych ramach, które nie zawsze a nawet rzekłabym zwykle nie mają za zadanie nam pomóc a jedynie nas zniewolić i unieszczęśliwić. Gdy stawiamy sztywną granicę co jest kobiece a co męskie raptem okazuje się, że daje to otwarte drzwi do prześladowań i nieszczęść. Jesteście wszystkie piękne, wszystkie kobiece, nawet jeśli nie golicie nóg i oglądacie mecze- jeśli jest to zgodne z waszą duszą ;)

  • Lalki mają zmieniane make-upy, rysunki twarzy, ozu itp. od kiedy powstało kolekcjonerstwo lalek i przemalowuje się bardzo różne lalki. Nie tylko Bratz c:

  • Bardzo się cieszę z tego artykułu. Cieszę się bo jestem akurat na rozdrożu make up czy no make up. Mam pierwsze siwe włosy ktorych nie maluję ponieważ skóra mojej głowy się buntuje. Myślałam że jeśli do tego nie będę miała grama makijażu na twarzy to będę straszna. Ale wiecie co? Nic bardziej mylnego. Jeśli ktoś patrzy na wnętrze to mu obojętny kolor rzęs. A resztki tuszu i pomadki zostawiłam na okazje i tyle. Buziaki za krąg kobiet

    • Asienia, mam to samo z włosami. Po farbowaniu swędziało. Półtora roku mi zajęło, żebym ja się obcym ludziom sama z siebie nie pytana, przestała tłumaczyć dlaczego nie farbuję włosów. Blokada była we mnie.
      Ostatnio zaś przyjaciółka zapytała mnie czy naprawdę uważam, że znajdę faceta (czytaj: spodobam się komuś) jak nie ufarbuję włosów. Po 10 latach mojego niefarbowania ona myślała że to u mnie wciąż „faza” :)

      • Ostatnio się uśmiałam serdecznie kiedy nowa koleżanka w pracy zamiast zgłębiać swoje obowiązki porwała mnie w nurt pytań.
        Chora jesteś?
        Coś tak blado wyglądasz nie jest Ci słabo?
        Nie chcesz nic zmienić w swoim wyglądzie?
        W końcu nie wytrzymałam i niezbyt grzecznie powiedziałam jej, że nie maluje się i nie farbuje się ponieważ to jest mój wybór. Dobrze się z tym czuję i jestem szczęśliwą naturalną kobietą. Czytam książki i chodzę w dżinsach. Taki ze mnie typek hihihi. Koleżanka lekko się sfoszyła bo pewno chciała mnie uratować.

  • Miło poczytać, że nie jestem jedyną, która świadomie i dobrowolnie zrezygnowała z makijażu. A dlaczego? Pierwszy powód, najważniejszy: BO MI SIĘ NIE CHCE :) Jako sowa zmuszona do trybu życia skowronka wolę rano pospać parę minut dłużej. Drugi powód: ekologia. Wiem, jakbym dobrze poszperała, to znajdę kosmetyki przyjazne dla środowiska, ale zostają jeszcze powody pierwszy, trzeci, czwarty i piąty ;) Trzeci powód: kasę na kosmetyki wolę wydać na książki. Albo cokolwiek innego. Czwarty powód: po co malować się do pracy jak muszę w niej zasłaniać twarz maseczką? Piąty powód: z makijażem czuję się jakoś tak sztucznie, podobnie jak w rajstopach/pończochach i szpilkach czy w garsonce. Więc używam tych cudów tylko na specjalne okazje. I wtedy nawet mi to sprawia przyjemność :)
    Przyznam szczerze, że nie zawsze tak było. W liceum nakładałam mocny makijaż. W końcu skończyłam lat -naście i rodzice pozwolili, ba, nawet kupili kosmetyki, poza tym był to też etap szukania partnera, a w tym wieku miałam dziwne wyobrażenia o relacjach damsko-męskich. Na początku studiów przez chwilę miałam okres bez makijażu (bunt po rozstaniu; wiem że to głupie), ale odpowiednio mnie przekabaciły koleżanki z akademika. No i znów to szukanie faceta. Wstyd przyznać, ale umiałam iść na uczelnię bez śniadania, byle mieć dziób pomalowany. Jakoś sama nie wiem, kiedy mi przeszło. Chyba jak się zaczęły zajęcia od 8 rano na drugim końcu zakorkowanej aglomeracji. Jazda samochodem bez śniadania nie wchodziła w grę, a wyspać też się trzeba, na make-up czasu brakło. Wygrał priorytet Kubusia Puchatka: pełny brzuszek i długi (powiedzmy…) sen ;) No i doszło do mnie, że znalezienie faceta: primo – na mocno sfeminizowanym kierunku studiów jest prawie niemożliwe w obrębie uczelni; secundo – nie jest najważniejszą rzeczą na świecie; tertio – nie zależy od makijażu. Swojego męża poznałam podczas wypadu pod namiot w skałki, umalowana byłam co najwyżej magnezją :)
    Z makijażem czy bez – serdecznie Was pozdrawiam :)

    • Droga Natalio,
      pamiętam swój okres buntu-kreski na powiekach to nic że za chwilę się rozmazały.
      Teraz jestem dorosła mam swój niepowtarzalny styl oparty na naturalności. Teraz moim buntem jest siwy włos (choć mam dopiero 39 wiosen) i no make up.
      Ten bunt podoba mi się o wiele bardziej. Ponadto ostatnio odkryłam kilka piegów więcej na twarzy-są mega-przyjmę więcej hihi

  • U mnie w życiu były zarówno etapy makijażowe, jak i bezmakijażowe. Teraz powracam do tego drugiego etapu. Głównie ze względu na to, że nie chcę karmić mojego organizmu przez skórę tymi wszystkimi toksycznymi substancjami, które są w kosmetykach kolorowych. Ba! Ja nawet do pielęgnacji nie stosuję drogeryjnych produktów (od jakichś 4-5 lat) tylko stawiam na naturalne metody. Owszem, czasem zaszaleję i kupię jakąś maseczkę drogeryjną (może maks. 4 razy w roku? :O ), ale moja skóra kocha naturalne metody pielęgnacji. Demakijaż oczu tylko olejem (tak, nawet będąc na etapie no make up, rzęsy ZAWSZE maluję), zamiast toniku woda z octem jabłkowym etc. A zamiast poświęcać czas na makijaż, wolę wykonać sobie poranny masaż twarzy. Mojej skórze posłuży on bardziej niż nakładanie podkładu, różu i rozświetlacza. Zresztą kiedyś mój tata (!) powiedział mi, że kobieta powinna skupiać się wyłącznie na upiększaniu poprzez pielęgnację, bo będzie wiele sytuacji w życiu gdzie będzie musiała pokazać się ukochanemu bez makijażu i to by było dziwne zobaczyć nad ranem inną twarz niż wieczorem :D

  • Bardzo ładnie napisałaś.
    Nie cierpię kobiet w mocnym makijażu, nie, że bym im tego zabraniała, bo żyjemy w wolnym kraju, ale się oszpecają i to bardzo mocno. Podkład (każdy) wygląda tragicznie i każdy widać.
    Zauważyłam, że kiedy np. maxineczka zaczyna filmik, nie ma makijażu, jest dla mnie bardzo ładna, a jak już go zrobi, to wygląda dużo gorzej. Nie, żebym oglądała, u mnie w pracy oglądają:)
    Makijaż postarza, sprawia, że kobieta jest odbierana jako mniej pewna siebie (przeze mnie). Uważam, że najpiękniejszy jest człowiek taki, jaki jest. Rozumiem, można rzęsy pomalować, usta, ale to nie jest zakolorowywanie siebie, podkład dla mnie już tym jest.

  • Ja dość szybko zaczęłam się malować,może dlatego,że i dość szybko dojrzałam i zaczęłam na własną rękę „szukać” tego czegoś, na co zwracają uwagę chłopcy. Wtedy wydawałam się sobie ładniejsza, starsza i bardziej sexy. Na początku były to mniej lub bardziej udane eksperymenty. Głownie skupione na oku, bo jako jasna blondynka oprawę oka też mam jasną. Z biegiem czasu nauczyłam się co tak naprawdę do mnie pasuje i podkreśla moją urodę, a nie tworzy moją twarz na nowo.
    Jednak im jestem starsza, tym bardziej akceptuje siebie taką jaka jestem i mój makijaż codzienny zajmuje mi 5min. Tuszuję rzęsy i brwi i nakładam coś ba usta-ale tu mi obojętne czy to pomadka czy balsam, lubię po prostu mieć na wargach coś tłustego. Na większe wyjścia lubię zaszaleć z makijażem. Ale traktuje to jako taki imprezowy atrybut . Dla niektórych jest to drink, dla mnie bardziej wyrazisty makijaż. Czasami jak mam wiecej wolnego czasu mam ochotę się pomalować dokładniej, ale zazwyczaj konczy sie na tym,ze sam makijaż zajmuje mi tyle samo czasu i tak samo wygląda, ale popijam sobie kawusię, szukam muzyki na youtubie, wcieram jakieś olejki…
    Nie wiem czy kiedykolwiek całkowicie zrezygnuje z malowania się. Na tą chwilę uwielbiam swoją skórę bez podkładu, długie, wiecznie w nieładzie blond włosy i totalnie nie zajmują mnie pazury. Ale te rzęsy lubię po prostu mieć wyraźniejsze, no i to tez chyba siła nawyku. A że nie zajmuje mi to jakoś za wiele czasu, nie mam nawet wymówki,ze mogę dłużej pospać😉 .Pomimo tego, iż maluję się coraz mniej, to i tak czuję się bardziej kobieco niż kiedykolwiek wcześniej. I czuję się bardziej wyzwolona.
    Trochę to zabawne ze kiedyś to makijaż świadczył o niezależności kobiety i jej braku przejmowania się konwenansami. Teraz to właśnie te nieumalowane należą do tych „walczących”z kajdanami wytycznych współczesnej zadbanej kobiety…

  • Nigdy się nie malowałam i nie maluję, bo: 1) umalowana nie czułabym się sobą, a chcę, żeby inni widzieli moją prawdziwą twarz nawet na tzw. „wielkich wyjściach”; 2) nie znoszę uczucia jak mi coś „leży” na rzęsach, skórze lub ustach; 3) uważam się za ładną bez makijażu; 4) nie mam problemów z cerą (odpukać), więc nie muszę jej maskować; 5) nie chcę zawracać sobie głowy, że coś tam się rozmaże lub popłynie; 6) lenię się (uczyć) malować; 7) szkoda na to czasu; 8) nie zależy mi na ściąganiu uwagi płci przeciwnej; 9) mam głęboko gdzieś te „kulturowe” pierdółki, że „kobieta ma się malować, bo jeśli tego nie robi, to znaczy, że nie jest kobietą, nie dba o siebie, nie szanuje innych i wogóle jest jakąś wiochą z megakompleksami” (wszystko usłyszane w życiu); 10) nie jestem modelką, aktorką, czy przedstawicielką zawodu, w którym makijaż jest niezbędny; 11)
    brak makijażu jest częścią moje osobowości:)

Pozostaw odpowiedź Dominika Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *