Osobiście długo nie zdawałam sobie sprawy z tego jak działają „życzenia” z tytułu tego tekstu. Na pewno nikt nigdy nie słyszał, żebym tak mówiła. Ale mówiłam. W myślach. Latami. Do siebie.

Zaczęło się od „dobrotliwego” besztania, gdy coś mi się nie udało. „No to żeś odwaliła, moja droga” myślałam o sobie z udawaną złością i dużą dawką rozbawienia. Ale skąd złość miała wiedzieć, że jest nieprawdziwa? Przecież skoro pozwoliłam jej być – nawet jeśli tylko żartem – to poczuła się zaproszona do pozostania na stałe, z całą powagą i ze wszystkimi konsekwencjami. Wtedy zaczęły się dialogi w stylu „no pięknie, PO PROSTU PIĘKNIE, widzisz co zrobiłaś? Straciłaś to i tamto i dobrze ci tak”. A gdy moja znękana istota próbowała się bronić „przecież nic się wielkiego nie stało – zadzwonię przeproszę naprawię odkupię wyjaśnię zrobię od nowa zrobię inaczej …” złość we mnie się darła „nic się nie stało? NIC SIĘ NIE STAŁO??!?!??? Żartujesz sobie? Jesteś do niczego. Nic nie masz i nikt ci już nie zaufa. Jesteś głupia, jesteś sama i dobrze ci tak. Siedź cicho i daj mi się zastanowić jak to posprzątać.”. Siedziałam więc cicho i obserwowałam ze smutkiem jak się ta autozłość we mnie panoszy. A ona zmuszała mnie, żebym brała na siebie winę za wszystko, wyolbrzymiając przy tym każde niepowodzenie i jego wpływ na moje otoczenie. I zawsze na koniec dodawała tyradę „MNIE się to nie zdarza, rozumiesz?! Weź się w końcu w garść.”

Wiecie co? Próbowałam brać siew garść, naprawdę. Zaciskałam zęby i parłam do przodu wbrew sobie, aby tylko zadowolić złość i nakarmić niezadowolenie z siebie.

I w końcu rozpadłam się na kawałki, gdy kolega powiedział, żebym tak mocno nie zaciskała szczęki, bo mi się zęby połamią. Poddałam się złości całkowicie. I wtedy przyszedł do mnie żal – za te utracone przez złość lata i związki z różnymi ludźmi. Było mi wszystko jedno i zaczęłam wszystko i wszystkich ignorować. Także złość. Odwracałam się od niej i zatykałam uszy. Ale ona ciągle była i była.

Zaczęłam medytować i chodzić na jogę. Myślicie, że złość choć trochę dzięki temu odpuściła? A skąd! Ona tylko zmieniła strategię. Czaiła się i atakowała bardzo mocno, gdy się tego nie spodziewałam.  To był bardzo trudny okres dla otaczających mnie osób, na których tę złość wyładowywałam, bo było jej po prostu za dużo abym ją mogła stłumić jak dawniej. Zawsze, gdy mi się wydawało, że przejrzałam jej strategię i znajdowałam środki by ją wygonić, to ona wyłaniała się nagle pod inną postacią. Podszywała się np. pod zmęczenie – ciągle mówiłam, że jestem zmęczona. Nie zastanawiałam się nad tym co naprawdę się we mnie dzieje, tylko każde negatywne odczucie nazywałam zmęczeniem i próbowałam odespać. A złość rosła wtedy w siłę, zabierając mi energię, której potrzebowała na kolejne wybuchy.

Gdzie jest teraz? Nie wiem. Odkąd przestałam z nią walczyć to przestałam ją czuć. Pewnie gdzieś jest, ale nie przeszkadza mi już w życiu. Czasem, gdy moim bliskim dzieje się krzywda, a ja czuję się bezradna, złość mi sygnalizuje, że w razie czego to ona jest i może mną zawładnąć. Ale wystarczają mi te uczucia, które mnie przepełniają: miłość, ufność, wdzięczność, wyrozumiałość, przyzwolenie. Nigdy też nie czuję się zmęczona.

I … dobrze mi tak :)

 

photo source