Ponieważ kolor czerwony ma dla mnie ostatnio duże znaczenie, postanowiłam zrealizować jedno z marzeń związanych z czerwienią. Odkąd zobaczyłam kiedyś, jeszcze jako nastolatka, krwistoczerwone usta Gwen Stefani, zakochałam się w czerwieni na ustach. Ta czerwień z czasem stała się dla mnie symbolem świadomej seksualności, symbolem pięknej, wyzwolonej kobiecości i pewności siebie. Parę razy wracał do mnie pomysł kupienia czerwonej szminki, ale zaraz odzywał się surowy głos wewnętrznego krytyka: po co ci taka szminka? Gdzie będziesz się tak malować? Przecież nie do pracy, bo nie wypada. Przecież nie do kawiarni na popołudniowe spotkanie, bo cię wyśmieją. Przecież nie na wieczorne wyjście na miasto, bo wezmą cię za dziwkę. I tak życie upływało mi bez czerwonej szminki.

Aż do przedwczoraj.

Wtedy to myśl o jej kupnie powróciła do mnie, i obsesyjnie trzymała się mojej głowy. Chcę czerwoną szminkę. A przecież czerwona szminka to nie czerwone porsche. Stać mnie na nią. Mało tego, zasłużyłam na nią. Bo jestem wspaniała, bo jestem kobietą, bo chcę coś zrobić dla siebie, bo mam taki kaprys, bo cokolwiek. Po prostu. Sprawienie sobie radości i spełnienie małego marzenia kosztowało mnie 16,99 w sieciowej drogerii. Jak tylko przekroczyłam próg domu, nawet nie zdjęłam butów, tylko od razu pobiegłam do lusterka i drżącą ręką umalowałam usta na czerwono. Oczywiście krzywo, ale to nic, przynajmniej nie pomalowałam zębów.

Poczułam się świetnie. Poczułam, jakie to cudowne uczucie spełnić swój mały kaprys i zrobić coś dla siebie, dla swojej kobiecości, jak to fajnie dopieścić się i docenić. Dlaczego tak rzadko sprawiam sobie małe przyjemności? Przecież tak mało mnie to kosztowało (dosłownie i w przenośni), a dało tyle radości. Nawet jeśli jedyny spacer, jaki na razie wykonałam ze szminką na ustach, to ten z łazienki do pokoju i z pokoju do kuchni.

Zasługuję na przyjemności. I będę je sobie sprawiać. Na początek takie za 16,99.