Udało mi się. Zrealizowałam jedno z większych marzeń mojego życia – chyba z 10 lat nosiłam się z tym zamiarem, ale dopiero teraz dojrzałam do decyzji. Spakowałam plecak i pojechałam na trzytygodniową wyprawę do Santiago de Compostela. Niby takie nic, setki ludzi co roku przechodzą któreś z Camino, ale dla mnie to było COŚ – pierwszy w życiu wyjazd za granicę, pierwszy lot samolotem, zakup biletów autobusowych przez Internet nie znając hiszpańskiego i nie wiedząc, czy kupiłam dobre bilety… planowanie tak długiej podróży właściwie bez konkretnej mapy – miałam tylko enigmatyczne przewodniki „byłych” pielgrzymów; szacowanie, ile mam wziąć pieniędzy bo właściwie nie jestem w stanie przewidzieć cen; setki myśli, co może pójść nie tak itp. itd. To był dla mnie istny trening wychodzenia ze strefy komfortu – dosłownie niczego nie można było przewidzieć i do końca zaplanować. Poziom mojego kortyzolu chyba przekraczał granicę dopuszczalnej normy. Ale udało mi się – pojechałam, przeszłam i przeżyłam najpiękniejszą przygodę dotychczasowego życia.

I wróciłam- do starego życia, tych samych problemów, do zmartwień…

Niby nie pojechałam tam z jakimiś konkretnymi oczekiwaniami. Owszem, jak większość osób jadących na Camino miałam swoje intencje, jakiś cel tej podróży. I mimo, że w sposób świadomy nie oczekiwałam, że ta podróż zrewolucjonizuje moje życie, to chyba podświadomie jednak czekałam na jakieś wielkie „pierdolnięcie”  z kosmosu– na pewno znajdę pasję swojego życia! Odnajdę miłość i swoją drugą połówkę! Wreszcie przestanę być bezrobotna i znajdę jakąś super pracę, taką aż do pozazdroszczenia! Spadnie na mnie z nieba Wielkie Szczęście!

Pewnie nie muszę dodawać, że nic z tych rzeczy się nie wydarzyło.

Poczułam się rozczarowana i oszukana. Bo ludziom naokoło mnie przydarzało się to „pierdolnięcie”. Bo Wszechświat nagradzał ich wysiłki i ryzyko realizowania marzeń. Bo Wszechświat nagradzał ich brak wysiłku. Bo odnajdowali swoją Drogę, swoją Miłość, swoją Pasję, a ja nie. Bo obserwowałam, jak mój towarzysz podróży, pod wpływem tej wyprawy totalnie zmienia swoje życie o 180 stopni, a na mnie to wszystko jakby „nie podziałało”, u mnie nic się nie zmieniało.

Minęło sześć miesięcy od powrotu – znalazłam wreszcie pracę, choć czuję, że to nie jest jeszcze TA praca, nie to, co bym chciała robić w życiu. Tak naprawdę jeszcze nie wiem, czym bym chciała się zajmować zawodowo. Jestem pierwszy raz w życiu w związku, który wnosi wiele dobrych i pięknych rzeczy w moje życie i jednocześnie czuję, że to nie jest jeszcze TO, to nie ta miłość mojego życia. I wiecie co? I jest OK. Rok temu pewnie bym histeryzowała, jak to nic mi się nie układa, bo nie dostaję tego, co chcę. A teraz jakoś tego nie robię, jakimś dziwnym sposobem jest po prostu OK.

Wciąż moja głowa siedzi w przyszłości i jednocześnie jakoś zdecydowanie łatwiej jest mi być „tu i teraz”.

Radość nawet z małych rzeczy stała się prostsza i bardziej naturalna. Częściej jej doświadczam.

Moja wybitna zdolność do diagnozowania czego mi w życiu brakuje, coraz częściej przegrywa z wdzięcznością za to, co jest. Wdzięczność zawsze było dla mnie trudna, wymagała wielkiego wysiłku, dziś, „jakimś cudem” staje się małymi kroczkami coraz łatwiejsza.

Jakoś tak więcej we mnie nadziei.

Jakoś tak więcej dostrzegam sensu w tym, czego doświadczam.

Zachciało mi się podróżować. I wreszcie nauczyć języka obcego. I może kiedyś zamieszkać na jakiś czas za granicą i zobaczyć jak to jest?

Wciąż doświadczam jakiegoś lęku o przyszłość i czasami smutku, czy na pewno znajdę to swoje Miejsce w życiu i jednocześnie mam większą zgodę na te emocje. Łatwiej mi je przeżywać.

Wciąż sprawiam sobie masochistyczną przyjemność porównywania się do innych (oczywiście na niekorzyść dla mnie) tylko, że ma to jakąś mniejszą siłę oddziaływania. Pozadręczam się godzinę,  może dwie i stwierdzam, że chyba wystarczy. Mam ciekawsze rzeczy do roboty.

W najmniej oczekiwanych momentach wracają do mnie obrazy, zapachy, dźwięki czy emocje z Camino. I wtedy czuję, że coś się jednak zmieniło, coś we mnie, coś, czego nie potrafię jeszcze nazwać i uchwycić.

Pewien człowiek, którego spotkałam na szlaku, powiedział mi słowa, które chyba już na zawsze ze mną zostaną   (parafrazuję): „ Nigdy, albo prawie nigdy, nie dostajemy tego, o co prosimy. Ale zawsze dostajemy to, czego najbardziej w danym momencie potrzebujemy”.

Może nie potrzebowałam wielkiego „pierdolnięcia” – wyzwania zawodowego przekraczającego moje wyobrażenie, pracy, która aktualnie może by mnie przerosła, przeprowadzki na drugi koniec świata, motylków w brzuchu i stanu euforycznego zakochania zakończonego ślubem, dzieckiem i kredytem na mieszkanie.

Czasami patrząc na te małe zmiany w moim doświadczaniu codzienności po Camino mam wrażenie, że Wszechświat mówi mi jedno – to czego tak naprawdę potrzebujesz i co pragnę ci teraz ofiarować, to ZAUFANIE. Proszę, odpuść i zaufaj mi.

 

Jaga

 

12887282_848009441995378_1368119833_o

(fotografia z archiwum Autorki)