Szczerze się przyznam – nie jestem na bieżąco z tym, co dzieje się w kraju i na świecie. Nie mam telewizora. Nie oglądam „Faktów” w Internecie, radia nie słucham. Raz w miesiącu kupię sobie „Angorę”, jak mi się przypomni, a raz na kilka dni nawet się załapię na „Metro” w tramwaju. O ważnych wydarzeniach dowiaduję się albo wiele dni po czasie (kim jest papież Franciszek i dlaczego nie ma już Benedykta?), albo informacje które gdzieś do mnie przeciekną z różnych stron internetowych są niepełne (o co chodzi z tym szczawiem i Rostowskim?). Jak coś mnie bardziej zainteresuje, to sobie doczytam. Może jestem przez to głupsza, ale na pewno zdrowsza psychicznie.

O 15-latce zgwałconej na Malediwach przez ojczyma i skazanej za to na chłostę dowiedziałam się od siostry, która pełnym oburzenia głosem oznajmiła, że już nie chce jechać na Malediwy, choć to zawsze było jej marzenie.

Poruszyła mnie ta historia, tak jak poruszają mnie wszystkie podobne  – historie kobiet wykorzystywanych, kobiet bezsilnych w obliczu systemu czy „religii”, która za pomalowane paznokcie każe obcinać palce; kobiet, które muszą ukrywać twarze, kobiet, które muszą znosić gwałty małżeńskie, kobiet, które nie mogą się kształcić ani pracować, kobiet, które mają być przezroczyste; kobiet, dla których nie ma godnego miejsca w świecie „mężczyzn”.

Słysząc takie historie, czytając o nich książki, czuję wściekłość i bezsilność. Ale też zawsze uruchamia mi się ogromne, obezwładniające wręcz poczucie wdzięczności. Oczywiście, że w moim kraju kobietom nie jest łatwo. Często muszę wysłuchiwać mniej lub bardziej seksistowskich uwag i mierzyć się z dyskryminacją, której głupota przechodzi ludzkie pojęcie. Ale też mam więcej niż miliony kobiet.

Mogę pisać ten tekst na własnym laptopie, kupionym za własne pieniądze, siedząc we własnym mieszkaniu. Mogłam skończyć studia i dalej się kształcić. Mogę sama wybrać sobie, kto będzie moim mężem.

Mogę wyjść sama na ulicę. W klapkach i spódniczce, i z pomalowanymi paznokciami. Mogę zadecydować, co sobie dziś kupię – może książkę (bo umiem czytać!), może pierścionek. Mogę wsiąść w pociąg do Gdańska. Albo polecieć do Mediolanu. Mogę założyć własną firmę. A dziś wieczorem tak po prostu mogę iść do kina. Ale najpierw wejść do Rossmana i kupić sobie czerwoną szminkę. I nikt mnie za to nie ukamienuje. Mogę mieć trzycyfrową liczbę partnerów seksualnych – najwyżej ktoś nazwie mnie dziwką, ale nikt mnie nie wychłoszcze za seks przedmałżeński.

I tak dalej, i tak dalej.

Nie chcę przy tym wpadać w wątpliwą jakościowo filozofię „Hej, hej, hej, inni mają jeszcze gorzej”, więc ja nie powinnam narzekać, nie powinnam chcieć więcej, bo i tak mam lepiej niż większość. Oczywiście, że będę narzekać, oczywiście, że zawsze będę chcieć więcej, bo  to się mieści w ludzkiej naturze, żeby zawsze było lepiej niż jest. Ale też chcę pamiętać o tym, co już mam. Chcę być wdzięczna. Dziękuję, doceniam.