Zapytaj mnie, jaki jest największy grzech, największe przekleństwo, największa zmora współczesnej „zachodniej kobiety” (i mężczyzny pewnie też, ale w ich imieniu niech wypowie się ktoś inny), odpowiem ci bez sekundy wahania: porównywanie się z innymi. W każdej dziedzinie. W każdym momencie. Nieświadomie. Niemal zawsze na niekorzyść. A nawet jeśli na korzyść, to zwykle podszytą lękiem.

I gdybym mogła tak zaczarować, żeby zmienić jedną właściwość ego, to wykasowałabym właśnie to porównywanie siebie do innych. Mam poczucie, że wraz z porównywaniem zniknęłoby większość naszych wydumanych problemów, naiwne poczucie niesprawiedliwości, frustracje, zazdrość, niskie poczucie własnej wartości, poczucie nieszczęścia i niespełnionych aspiracji (cudzych, zazwyczaj), zniknąłby stres, lęk przed próbowaniem nowych rzeczy i wprowadzaniem zmian w życiu. Zniknęłoby to wieczne poczucie, że gdyby coś, gdyby bardziej, gdyby ciut inaczej, gdyby jedna mała rzecz, gdybyś tylko miała to, co ma ktoś inny, gdybyś tylko tak jak ona… to byłabyś szczęśliwa.

Nie byłabyś.

 

To pułapka porównywania

Pułapka, która każe rezygnować ci ze spotkań z koleżankami, żebyś tylko nie musiała wysłuchiwać, jakim pasmem sukcesów jest ich życie. Z tych spotkań, z których zawsze wracasz zdołowana, słuchając jak K. dostała awans w pracy (w której nawet przed awansem zarabiała więcej niż ty kiedykolwiek w życiu), L. wspaniale układa się w związku a B. zaczęła się uczyć czwartego języka obcego i chodzi na pilates. Przy nich jesteś nikim. 

Pułapka, która zniechęca cię do wchodzenia na fejsa, żeby nie czytać o tym, jak ciekawe i pełne szczęścia życie mają twoi znajomi.

Pułapka, która każe rezygnować ci z czegoś, co sprawiało ci przyjemność, bo przecież nigdy nie będziesz tak dobra jak S., więc po co tracić czas, pieniądze i złudzenia. Daj spokój. Ludzie widzą ciebie i S. i na pewno porównują, patrząc na ciebie ze współczuciem. Nie, raczej z politowaniem.

Pułapka, która prowokuje cię do zastanawiania się, czy oby na pewno dobrze wybrałaś swój zawód. Przecież w porównaniu z P., jesteś miernotą. Co ty właściwie osiągnęłaś? Ona w twoim wieku była dwa stopnie awansu zawodowego wyżej. Ona w twoim wieku zmieniała świat i ludzie uważali ją za objawienie. Nie mówiąc o jej nienagannej figurze. A ty? Daj spokój, nie ośmieszaj się…

Pułapka, która upewnia cię w tym, że w porównaniu z A. i jeszcze pięcioma innymi kobietami, wliczając te dwie o których wyczytałaś na fejsbuku, to jesteś fatalną żoną / matką / kochanką. Nie robisz dziecku świeżo wyciskanych soczków i stosujesz pampersy szkodliwe dla środowiska. Albo w ogóle nie masz dziecka, co oczywiście w porównaniu z koleżankami ze studiów stawia cię niżej w szeregu. No i nie uprawiasz seksu 3 razy w tygodniu i nie masz wibratora.

Pułapka, która doprowadza cię do wniosku, że właściwie, chociaż nie masz jeszcze trzydziestki / czterdziestki / pięćdziesiątki (niepotrzebne skreślić), to już przegrałaś swoje życie. Inni… tak, ci to mają dopiero życie! Podróżują. Spędzają czas aktywnie i kreatywnie. Poznają nowych ludzi. Chodzą do teatru. Czytają książki. Rozwijają się. Zakładają osiedlowe kluby mam. Skaczą ze spadochronem. Przechodzą na weganizm. A ty? Twoje życie jest nudne i kompletnie bezwartościowe w porównaniu z nimi, czyż nie? Szalki wagi nigdy nie układają się w równowadze, zawsze wypadają na twoją niekorzyść, biedna.

Skąd w nas ten masochizm? To aż tak przyjemne? Rozdrapywać sobie duszę aż do krwi wiecznym porównywaniem, i to koniecznie takim, w którym wypadamy na niekorzyść? Po co? PO CO?

Porównywanie się z „lepszymi” jest jak wrzód. Jak zaraza. Jak przekleństwo. Nie przynosi nic dobrego. Osłabia, zniechęca. Ale też wspaniale pozwala usprawiedliwić nie-działanie. Teoretycznie z porównywania „z lepszymi” może wyjść coś dobrego: widzę, że ktoś coś zrobił, znaczy: można, i ja też mogę. Rzadki przypadek. Częściej porównywanie to wielkie macki, które wciągają w otchłań niskiej samooceny i niepodejmowania działania, które pozwalają płakać, że jest źle i inni mają lepiej, a ja jestem nikim, jestem gorsza, nie wyszło mi. Może to o to ci chodzi? Szukasz usprawiedliwienia?

Zapytaj siebie wprost, prosto z mostu: dlaczego porównujesz się z innymi? Co ci to daje?

 

Jest też druga strona medalu

Wskazówka może wychylić się na drugą stronę skali, choć o tym dużo mniej teraz piszę. Ale przecież lubimy się czuć lepsze. Osiągnęłam więcej niż D. Mam studia. Własne mieszkanie, nic, że wynajęte, ona mieszka z teściami. Byłam na wakacjach w Tunezji i mój mąż nie jest alkoholikiem. Mam zdolne dziecko. W ogóle mam dziecko. Mam zainteresowania. I ostatnio, w przeciwieństwie do niej, schudłam. Ona tak strasznie się zapuściła! Jestem lepsza. No, od razu mi lepiej. Napompowałam sobie balon samooceny cudzym kosztem.

Pożyczonym powietrzem. Daleko tym balonem nie polecę.

Bo jeśli jestem lepsza od kogoś, to znaczy, że zawsze jest też ktoś LEPSZY ODE MNIE. I kółko się zamyka. I strach, i żal, i frustracja.

Lepiej mieć swoje własne balony, nadmuchane swoim własnym powietrzem.

 

Pierwsze: nie porównuj

Niczym nowy Mojżesz :) (Mojżesza? bo dziewczynka…) ogłaszam 10 nowych przykazań. Te z was, które są katoliczkami uspokajam: ze starych nie trzeba będzie rezygnować. Ale nowe warto sobie przyswoić: drogowskazy ku pełniejszemu życiu.

Pierwsze i najważniejsze, podstawowe i fundamentalne: nie porównuj się z nikim. Nigdy. Ani z tymi, którzy mają „lepiej”, ani z tymi którzy są „gorsi”. To jest trucizna, zapamiętaj to i tak to traktuj. Jak śmiertelną truciznę dla ciebie. Proszę, nie zatruwaj się. To jest kwestia wyboru. Jeśli już tak bardzo potrzebujesz porównania, porównaj się do siebie samej sprzed roku, sprzed miesiąca, tygodnia. Zobacz, co zmieniło się od tego czasu. I podziękuj sobie za to.

Nie da się porównać twojej podróży z podróżą kogokolwiek innego. Możesz tylko spojrzeć wstecz i porównać gdzie byłaś wczoraj, a gdzie jesteś dziś.

A w praktyce… co w sytuacjach, gdy M. opowiada o swoim wielkim sukcesie w pracy? Albo gdy widzisz, że schudła? Gdy rozwija się, dokształca? Gdy wiedzie jej się w związku? Gdy jedzie w cudowną podróż? Uśmiechnij się. Na zewnątrz albo w środku, w duszy. Pogratuluj jej. I życz jej jak najlepiej. Niech jej się wiedzie. Niech jej się powodzi. Niech będzie zadowolona. Niech będzie szczęśliwa. Życz jej tego w myślach. Życz jej jeszcze więcej szczęścia i sukcesu. Zasługuje na to. Spróbuj wzbudzić w sobie życzliwość i radość z tego, że ktoś jest szczęśliwy, że mu dobrze. Dzięki temu… tobie też będzie dobrze.

A w drugą stronę? Gdy myślisz sobie, że jesteś lepsza niż N.? Że żal ci jej i czujesz litość albo… pogardę? Podziękuj za to co masz. Szczerze i z całego serca. Doceń siebie bez podkręcania sobie blasku innymi. I życz tej drugiej osobie z serca jak najlepiej. Niech jej się powiedzie tak, by była najszczęśliwsza. Niech jej się ułoży najlepiej dla niej. A może już tak jest? Może to co jest teraz jest dla niej najlepsze?

Nie, to podejście nie jest trudne.

Może na początku. Potem… staje się bardzo przyjemne. Potem staje się automatyczne. I najprostsze pod słońcem. I transformujące. I piękne. Potem, gdy słyszysz o cudzych sukcesach, czujesz tylko radość i miłość. Gdy widzisz kogoś, kto ma „gorzej”, czujesz współczucie i miłość.

A potem… potem w Tobie dzieje się WSZYSTKO.

Tylko zostaw już tę grę w porównywanie. Przecież nie ma w niej zwycięzców.

comparison

 

PS: O porównywaniu pięknie też pisała Fiona TUTAJ.

PS 2. Kolejne przykazania nastąpią w kolejnych tekstach :) Ciekawa jestem, jakie by było Wasze 10 przykazań do pełniejszego życia? Zapraszam Was do pisania w komentarzach lub podsyłania dłuższych tekstów na info@krag-kobiet.pl

 

 

Grafiki do tekstu:

http://alisonsmith.com/the-quick-sand-of-comparison/

http://www.cherylrichardson.com/