Nawet jedna z tych rzeczy z poniższej listy może nadać całemu kończącemu się dniu zupełnie nowe znaczenie, a kolejny dzień uczynić lepszym. I dlatego warto. Wybierzcie coś dla siebie albo stwórzcie własną listę pięknych rzeczy, które warto zrobić wieczorem. 

 

1. JOGA

Lubię myśleć i lubię mówić ludziom, że joga naprawdę dużo zmieniła w moim życiu. Tych wszystkich zapewnień o dobroczynnym wpływie jogi na ciało i umysł najlepiej po prostu doświadczyć samemu. Po miesiącu, po tygodniu, ba, nawet po trzech dniach regularnej praktyki, choćby miało być to tylko 10 minut. Ponoć zalecana jest praktyka rano, ja jednak lubię moją jogę zwłaszcza wieczorem. Gdy mogę stanąć na macie sam na sam ze wszystkim co się wydarzyło w danym dniu. Wyciszyć myśli i emocje. W półmroku pokoju, przy świeczce albo lampce. Gdy wiem, że po pół godzinie ashtangi nie będę już włączać komputera ani telewizora. W ciszy, gdy miasto uspokaja się po całym dniu, ja również się uspokajam. Istnieje tylko oddech i ruch. To takie ukoronowanie dnia. Jego najpiękniejsza, wyczekiwana część. I pół godziny później czuję tak ogromną radość i wdzięczność. To taka rzecz, którą robię dla siebie, by poczuć się lepszą. A gdy dodatkowo widzę postęp w jakiejś asanie lub uda mi się zrobić coś, co wcześniej wydawało się „nieosiągalne”, to… to po prostu uczę się, że wszystko jest możliwe :) I nie ma piękniejszego zakończenia dnia!

Jeśli nie ćwiczyliście nigdy jogi i nie macie możliwości lub ochoty zaczynać pod okiem instruktora, polecam choćby serię Powitań Słońca A i B, które to sekwencje bez trudu można znaleźć na YouTube z pełnym instruktażem krok po kroku. Ja tak właśnie zaczynałam, zanim duuuużo później zdecydowałam się na szkołę jogi.

A jeśli nie joga, to jakaś inna aktywność fizyczna. Chociażby wieczorny spacer z psem, pod warunkiem, że nie jest to czas spędzony na jeżdżeniu palcem po ekranie smartfona podczas gdy twój pupil biega po trawnikach. Albo zrób przed położeniem się do łóżka dziesięć przysiadów i trzy skłony. Wydaje ci się to banalne i bez znaczenia? Praktykuj codziennie przez dwa tygodnie i po tym czasie daj mi znać, czy rzeczywiście był to czas bez żadnego znaczenia i bez wpływu. 

 

2. MEDYTACJA (lub uważność, dla mnie to to samo)

Nie umiem przekonać nikogo do medytacji. Mało tego, uważam, że nie da się nikogo przekonać, że jest to coś wartościowego, dopóki samemu się tego nie doświadczy. Bo zapewnienia, że medytacja ma taki zbawienny wpływ na wszystkie aspekty życia wydają się nieco na wyrost. A wcale nie są.

Dwa miesiące temu było źle. Dni jakoś się przetaczały jeden po drugim, bez celu, bez sensu, bez żadnego znaczenia. I tak każdego dnia gorzej. Coraz więcej stresu, szamotania się, wiecznego poczucia braku i budzenia się co dzień z dojmującym poczuciem lęku. Aż splot okoliczności i ludzi którzy pojawili się na mojej drodze przypomniał mi, że kiedyś znałam na to sposób.

Przez tydzień, co wieczór, na 10 minut siadałam w samotności i po prostu słuchałam, czułam, byłam. Słuchałam siebie – swojego oddechu, bicia swojego serca. Uwielbiam wsłuchiwać się w swój oddech, czuję wtedy taką wielką wdzięczność za to, że mogę żyć. Lubię tą ogarniającą mnie wszechświadomość swojego ciała, swojego istnienia.

Słuchałam swoich myśli. Nie przywiązywałam się do żadnej z nich – w końcu nic innego nie robię w ciągu dnia, tylko jestem swoimi myślami, więc chociaż na 10 minut mogę sobie odpuścić. Nazywałam emocje, które się pojawiały i te, które się we mnie gromadziły w ciągu dnia. Nie wiem, czy to było „łatwe” czy „trudne”, nie oceniałam, czy się „udało” czy było „do kitu”. A przynajmniej starałam się nie oceniać – uczę się tego każdego dnia, tego podejścia nieoceniającego. Nawet minuta, nawet dwie sekundy spędzone w świadomej obecności, spędzone tu i teraz, spędzone w uważności, to cenny czas. I już po tych dziesięciu minutach… po prostu zmienia się spojrzenie na świat. Po tygodniu zauważyłam ogromną różnicę. W nastroju, w myśleniu, w spojrzeniu na siebie i innych. W emocjach. I teraz już nie zapominam. 10 minut medytacji uważności jest cowieczornym rytuałem. Lubię usiąść sobie wygodnie na kołdrze, czasem włączyć sobie ulubioną muzykę relaksującą, czasem pozostać w ciszy i… spotkać się z samą sobą. Dać sobie 10 minut, gdy każdy oddech ma znaczenie i jest najcenniejszym darem. Gdy każda myśl jest tylko myślą i niczym więcej. Gdy się po prostu istnieje i jest się ważnym i pięknym tylko dlatego, że się jest.

Nie do opisania. Do spróbowania. Bez rezygnowania po pierwszym razie gdy „nie wyjdzie”. Moim uczniom, z którymi czasem ćwiczę uważne oddychanie, zwykłam mawiać: tego ćwiczenia nie da się zrobić źle. Źle jest wtedy, gdy się nawet nie spróbuje.

 

3. WDZIĘCZNOŚĆ 

Gdy nie wiesz co masz zrobić, podziękuj! To jedna z najpiękniejszych, najtrudniejszych, najbardziej tajemniczych lekcji jakich się można nauczyć w życiu. A naukowcy są zgodni, że wdzięczność ma działanie terapeutyczne. Ludzie praktykujący wdzięczność postrzegają siebie jako bardziej szczęśliwych. Są spokojniejsi, w mniejszym stopniu podatni na stres, bardziej zadowoleni ze swojego życia, przyjaźniej nastawieni do ludzi.

Codziennie, przed pójściem spać  – już leżąc w łóżku, ale jeszcze przed zaśnięciem – wymień kilka rzeczy, za które jesteś wdzięczna w danym dniu. Niech to będą rzeczy wielkie – udana prezentacja i umowa podpisana z klientem, ale niech też będą to rzeczy malutkie – tramwaj, który przyjechał na czas, słodkie ciastko do kawy, pani, która przepuściła cię w kolejce. Wymieniaj je w głowie lub spisuj na kartce, przywołując na swoje usta delikatny uśmiech. Niekończącą się listę rzeczy, za które można być wdzięcznym. Czy życie nie jest najwspanialszym darem?

Ważnym krokiem w mojej praktyce wdzięczności było zaadaptowanie w swoim życiu tego właśnie podejścia: gdy nie wiesz co masz zrobić, podziękuj. Bo przecież w ciągu dnia zdarzają się nam rzeczy, za które trudno czuć wdzięczność. Smutne rzeczy. Przykre rzeczy. Wielkie tragedie i małe traumy. Ogromną ulgą jest móc powiedzieć sobie: nie wiem po co to mnie spotkało, ale dziękuję. Bo ufam, że to było mi do czegoś potrzebne. Że wszystko dzieje się wtedy, kiedy ma się wydarzyć i tylko ode mnie zależy, czy będzie dla mnie darem, przekleństwem, czy rzeczą bez znaczenia.

Sądzę, że dla osób wierzących, odpowiednikiem wdzięczności będzie wieczorna modlitwa, gdy można podziękować Bogu za wszystkie rzeczy z danego dnia, wymieniając je, przypominając je sobie. Za te dobre rzeczy, ale też za te „złe”, z ufnością, że były ważne i potrzebne. Ja nie jestem katoliczką, ale praktyki wdzięczności za wszystko uczyłam się od mojej głęboko wierzącej katolickiej koleżanki, której pogody ducha i niezachwianej pewności mógłby pozazdrościć każdy.

Wiara „w Boga” nie ma tu znaczenia. Wszak spokój ducha jest osiągalny dla każdego i niezależny od wiary lub jej braku.

 

 

Podobnie jak dobroczynny wpływ jogi czy medytacji, również praktyka wdzięczności nie jest czymś do uwierzenia, tylko do wypróbowania. Inaczej nie przekonasz się, jak w ciągu tygodnia może poprawić twoje życie. Jeśli ci to powiem: praktykując codziennie 10 minut wdzięczności albo uważne oddychanie czy 3 minuty Powitania Słońca, za tydzień będziesz innym, lepszym, człowiekiem – nie uwierzysz mi. W porządku, nie musisz. Ale spróbuj. A jeśli nie zrobisz tego, to przynajmniej nie narzekaj, że życie jest beznadziejne. Jest takie na twoje własne życzenie.