Jestem sama w moim mieszkaniu. Z miejsca, w którym siedzę widzę kuchnię i kawałek pokoju z łóżkiem. Piję melisę i zastanawiam się jak ja to wszystko wytłumaczę partnerowi.

Już wcześniej byłam dość trudna do comiesięcznego zaakceptowania z tym swoim kubkiem menstruacyjnym dumnie gotującym się co rano w garnku, w którym robię też kaszę jaglaną lub jajka, ale z tym freebleedingiem to już naprawdę przegięłam, hm?

Bo przecież chodzę po domu jak ostatnia fleja. Albo całkowicie goła, albo w bawełnianej koszuli, którą co jakiś czas przytykam sobie ręką pomiędzy nogi. Na łóżku i na krześle mam położone czerwone ręczniki. W radio dają przepiękną muzykę, więc trochę pląsam. Smażę placki z cukinii i kwitnę sobie już drugi dzień tak niespiesznie i bez żadnych politycznych ambicji.

Zaczęło się przypadkiem. Pierwszy dzień okresu, ciepła kąpiel wieczorem, ręcznik zawinęłam na mokrych włosach i zakręciłam się po kuchni, bo chciałam coś na szybko nastawić, coś innego obrać, dosolić, wyjąć z lodówki. Bardzo sprawnie poruszam się po swojej kuchni przy gotowaniu. Pół godziny później, gdy miałam już wszystko zrobione, przypomniałam sobie, że miałam zamontować kubek gdy tymczasem latam tu a moja cipka przecież krwawi. Ale to było takie… fajne. Ponieważ dla mnie ani trochę obrzydliwe to postanowiłam, że jeszcze tak posiedzę. Może kilka minut, może godzinkę a dlaczego nie cały wieczór, hm?

Przypomniałam sobie, że jakiś czas temu czytałam o kobiecie, która przebiegła maraton podczas własnego okresu i bez żadnego produktu sanitarnego. Szybki search na internecie i powtarzające się hasło „freebleeding”. Hasło – w moim odczuciu – bardzo genderowe, feministyczne, wręcz polityczne. Sam pomysł nieużywania podpasek, tamponów (zwłaszcza tamponów!) czy nawet mojego ukochanego kubeczka LadyCup bardzo mi się spodobał, ale nie chciałam – jak to sugerowały pierwsze artykuły, na które trafiłam – wyrażać swojego poparcia czy wsparcia. Nie chciałam czynić żadnego statementu, po prostu było mi dobrze, wygodnie, naturalnie. Ale jak to zrobić w ciągu dnia, gdy jestem w pracy, na jodze, na zakupach, na randce? Internet o tym nie mówił. Choć dłuższą chwilę spędziłam na poszukiwaniach praktycznych wskazówek, nie znalazłam nic oprócz „zakładaj czarne spodnie lub dżinsy” i „używaj majtek, które masz przeznaczone na czas okresu” (nie mam takich btw). Tego pierwszego wieczora nie czułam się nawet na tyle pewnie, żeby iść spać z nagą, menstruującą cipką. Wydawało mi się – i tu możecie się już zacząć śmiać – że się obudzę w kałuży krwi, wszystko będzie przesiąknięte, a na ścianie zastanę jakieś krwawe hieroglify. Zamontowałam sobie więc moją naturalną podpaskę Naya, o której więcej tutaj: www.miesiaczka.com/ . Rano ubrałam kubeczek i przez cały dzień nie mogłam się doczekać, kiedy znów będę w domu, naga, z niesamowitym poczuciem spokoju, powolności i wolności. To był tak cudowny wieczór, że postanowiłam następnego dnia pójść dalej. A konkretnie na zakupy. W dżinsach, bez wkładki, bez kubka. Freebleeding in public. Co z tego, że tylko godzinkę, hm?

Czułam się całkiem komfortowo i tylko ze dwa razy dyskretnie przejrzałam się w szybie. Po powrocie do domu uświadomiłam sobie, że ciało miesiączkuje w różnym tempie – raz mniej raz bardziej. Wcześniej na to nie zwracałam uwagi, bo tylko wyrzucałam podpaskę lub wylewałam z kubeczka a tym razem patrzyłam co też moje ciało uczyniło bez żadnej „ochrony” i… byłam dumna.

Wciąż szukałam praktycznych informacji o freebleedingu. Czytałam o doświadczeniach dziewczyn, które się zdecydowały spróbować i komentarze pod tego typu tekstami. Niektóre (komentarze) były bardzo emocjonalne, bo temat jest dość kontrowersyjny. Jedna pani np. pisała, że to jest obrzydliwe, bo taka freebleeding feministka przyjdzie i usiądzie w pizzerii, zafajda wszystko a potem ktoś inny na tym usiądzie. Ja ją w sumie trochę rozumiem, serio. No bo jak to zrobić, żeby takich plam nie zostawić, hm? Naprawdę nie wiem i nie znalazłam żadnych praktycznych, użytecznych porad w tym temacie. Może któraś z Was?

Na koniec chciałabym powiedzieć, że nie podoba mi się nazwa freebleeding, ponieważ kojarzy mi się z walką o wolność (zasługa kontentu w artkułach związanych z tym tematem) i zdecydowałam, że o swoim doświadczeniu nieużywania żadnych produktów okresowo-higienicznych będę mówiła slowbleeding.

 I mam marzenie, że kiedyś wystąpię na plakacie z hasłem „Slowbleeding – modnie i wygodnie”. Tak, wiem ;)

Anyway – idę dziś na randkę. Jeszcze się nie zdecydowałam co założę. Co mi radzicie, hm?

period.-1

photo: Rupi Kaur https://www.rupikaur.com/period/