Wchodzę do salonu fryzjerskiego. Siadam na fotelu, opieram stopy na podnóżku i spoglądam przed siebie. Kobieta w lustrze przygląda mi się z uwagą. Ma wielkie brązowe oczy i proste krótkie włosy. Wygląda dziwnie w fartuchu zapiętym pod brodą. W końcu podchodzi fryzjer, w zależności, gdzie jestem, to niska ruda babeczka, która wypyta mnie ze szczegółami, co u mojej rodziny lub wysoki szczupły facet, który łapiąc się za policzki obrzuci mnie spojrzeniem typu „co ty masz na tej głowie?!”. Następnie pada pytanie „Co robimy z włosami?”. Mam wówczas jedną odpowiedź „Długie blond loki!”. Kobieta zaśmieje się serdecznie, mężczyzna popatrzy na mnie jak na głupią. To nieistotne. Czy nie mogę sobie pomarzyć?

Kojarzycie te rozmowy między waszymi przyjaciółkami? Jedna jest singielką, ma mieszkanie tylko dla siebie, nikt nie truje jej nad głową, co i kiedy ma robić. Jest z tego powodu szczęśliwa? Nie, ona zazdrości koleżance, która ma męża i trójkę dzieci. A ta druga? Codziennie spędza cudowne chwile w gronie rodzinnym, mąż tuli ją do snu, a dzieci witają ją po powrocie z pracy z krzykiem „Mama! Mama!”. Co z nią? Ona wolałaby być tą pierwszą. Mieć mnóstwo wolnego czasu i swobody. Ta, która ma mały biust, narzeka, że prawie go nie widać pod bluzką. Inna, której biust jest tak duży, że brakło liter w alfabecie, by określić rozmiar miseczki, natychmiast kontratakuje „chcesz? Oddam ci trochę swojego”. Nikogo więc nie dziwi, że rude stają się brunetkami, brunetki blondynkami, a blondynki rude. Każda z nich dąży do czegoś innego, marząc o czymś, co akurat nie jest dla niej dostępne. Nie potrafi docenić tego, jakie szczęście ma, będąc w sytuacji, w której jest.

Tak już z nami jest. Wciąż chcemy zmian, szukamy nowych lepszych rozwiązań, zazdrościmy innym, bo „inni mają lepiej”. A to kompletna bzdura! Lepiej mają tylko Ci, którzy potrafią zaakceptować swoją sytuację i potrafią wydobyć z niej to, co najlepsze.