Kasztany zmiany

Lubię jesień, za kasztany. Każdej jesieni pierwszy znaleziony kasztan przechowuję w kieszeni płaszcza nawet kilka miesięcy, aż z ładnego i błyszczącego stanie się brzydki, pomarszczony i popękany. Bo kasztany przypominają mi o pewnej ważnej prawdzie życiowej.

Kiedyś, gdy byłam mała, wsadziłam pierwszy znaleziony na jesieni kasztan w doniczkę z ziemią. Postawiłam tę doniczkę w nasłonecznionym miejscu, podlałam. W nocy nie mogłam spać z podekscytowania. Wiedziałam, że z tej brązowej, błyszczącej kulki nie wyrośnie od razu wielkie szumiące drzewo, przecież nie byłam głupia. Ale może… może chociaż mały pęd? Z jednym listkiem? Może?

Następnego dnia pobiegłam obejrzeć mój mały kiełkujący kasztanek. Jak się domyślacie, doniczka z ziemią wyglądała tak samo jak poprzedniego dnia. Następnego dnia też wyglądała tak samo. I następnego. I następnego. Mimo że dbałam o moje nasionko, ono nie chciało rosnąć. Mama tłumaczyła mi, że potrzeba czasu, dużo czasu, więcej niż tydzień. Ale ja nie mogłam wytrzymać! A co jeśli… jeśli jakimś cudem w tej doniczce z ziemią wcale nie ma kasztana? No bo skąd mam wiedzieć, że on tam w ogóle jest???

Finał tej historii jest smutny. Rozgrzebałam ziemię. Kasztan oczywiście był na swoim miejscu, tylko trochę brudny. Ale ja już nie miałam ochoty dbać o niego. Porzuciłam go, a gdy znalazłam go przypadkiem po jakimś czasie, był mały, pomarszczony i okropny. I już nie miał szans stać się wielkim drzewem.

Ze zmianami w moim życiu jest czasem jak z tym kasztanem w doniczce. Coś sobie postanawiam. Chcę zmiany. Ufam i wierzę, że ta zmiana jest możliwa. Dbam o to, by zmiana miała szanse zaistnieć. Tworzę okoliczności. Ale nic się nie zmienia. Ani pierwszego dnia, ani następnego. Tracę cierpliwość. Przecież miały być zmiany! Miały być efekty! Miało być nowe, inne, lepsze życie! Coraz bardziej poirytowana zaczynam wątpić, czy zmiana w ogóle jest możliwa. I porzucam swoje działania. Bo tydzień czekania to tak okropnie długo. I to, co miało szansę stać się moim sukcesem, moją życiową zmianą, kończy jako suchy, pomarszczony, brzydki i porzucony kasztan. Bo wiele zmian wymaga czasu. Wymaga pielęgnacji, podlewania, dbania. A przede wszystkim, wymaga wiary. Wiary, że ten kasztan w doniczce jednak tam jest. To nic, że na razie nie widać nawet jednego listka. Przecież kiedyś wyrośnie z niego wielkie, piękne drzewo, które da mi i innym tyle kasztanów, ile tylko zechcę.

Kiedy żaliłam się, że tak trudno mi czekać na efekty moich działań, że tak szybko porzucam to, co może stać się w przyszłości moim sukcesem, pewna Mądra Kobieta uświadomiła mi, że kasztany to nie jedyne nasiona na świecie. Że można uprawiać też coś innego. Rzodkiewkę na ten przykład. Rzodkiewka rośnie szybciej niż kasztanowiec. Albo rzeżuchę. Rzeżucha ci urośnie już następnego dnia. Zasiej sobie rzodkiewkę i rzeżuchę, powiedziała.

Na tę myśl zrodził się we mnie bunt.

– Ale ja nie chcę rzeżuchy! Nawet rzodkiewek nie chcę. Chcę kasztanowca!

– Ale kto mówi, że nie będziesz mieć kasztanowca? Jeśli tylko będziesz dbać o twoje nasionko, wyrośnie ci z niego piękny, rozłożysty kasztanowiec. Ale czy nie warto mieć czegoś, co pomoże ci przetrwać ten czas oczekiwania?

Malutkie zmiany są jak rzeżucha. Widać kiełki już następnego dnia. Ale rzeżucha nie da mi schronienia w czasie ulewy i wichury. To nie znaczy, że nie warto hodować rzeżuchy. Rzeżucha jest zdrowa i może się w życiu przydać. Ale też nie rezygnuję z wielkich celów, z wielkich marzeń i pragnień, z wielkich zmian, tylko dlatego, że wymagają czasu.

Modlę się o siłę i cierpliwość, by nigdy nie rezygnować z celu tylko dlatego, że jego realizacja wymaga czasu. Bo… Czas i tak upłynie.