Kalina nie mogła uwierzyć, że w balerinach nie nadąża za Adą, która stukając niebotycznie wysokimi szpilkami, zręcznie manewrowała hipermarketowym wózkiem pomiędzy półkami i innymi kupującymi.

– Jak ty się wogóle utrzymujesz na nogach w tych szczudłach, kobieto?

Przyjaciółka spojrzała na nią z uśmiechem.

– Na słowo honoru. Wiesz, że uwielbiam obcasy, ale nie mogę ich założyć więcej niż dwa razy w tygodniu, bo bym umarła na ból pleców.

– Za to jak je już założysz to rządzisz – skomentowała Kalina poprawiając kokardkę przy bluzce w kropki.

– Dziękuję, kochana. Piękną masz tę bluzkę. Kup mi taką, oddam ci pieniądze jak zwykle – Ada często korzystała z nienagannego gustu Kaliny i miała w szafie mnóstwo ciuchów, które przyjaciółka kupiła jej na hasło „kup mi coś ładnego”.

– Gdzie są te cholerne flaczarki? Weź no zerknij na tę gazetkę, może napisali numer regału albo coś, bo będziemy tu krążyć do śmierci, a głodna jestem.

Wjechały w alejkę ze szkłem i za chwilę Kalina była stracona dla świata. Brała do ręki wszystkie talerze po kolei, choć umowa była taka, że wpadają tylko po te flaczarki, które mają jej pasować do reszty zastawy. Ada nabijała się z niej trochę, bo sama miała w domu tyle talerzy ile akurat jej było potrzeba, a do tego każdy z innej parafii – totalna zbieranina ze wszystkich mieszkań, które wynajmowała w swoim trzydziestoparoletnim życiu. I wszystkie były w użyciu w przeciwieństwie do prawie stuelementowej zastawy Kaliny, kompletowanej od lat na posag. Talerze, talerzyki, talerzyczki, miski, półmiski, waza i filiżanki – wszystko na osiemnaście osób, i teraz te flaczarki, leżało upchane na dnie trzech szaf i czekało grzecznie na Kalinowe zamążpójście. Ada śmiała się, że może jej powinna taką drewnianą skrzynię posadnią kupić to się jej też ręczniki, obrusy i prześcieradła zmieszczą. Kalina uznała ten żart za doskonały pomysł i następnego dnia miały obejrzeć u znajomego stolarza wstępny projekt takiej właśnie skrzyni. Ada przewracała ze śmiechem oczami, gdy Kalina ją poprosiła o ozdobienie skrzyni, ale się oczywiście zgodziła. W głębi duszy zazdrościła Kalinie , bo któż by jej nie zazdrościł. Kalina była damą, co w dzisiejszych czasach jest tak wielką rzadkością, że jak się już ktoś zorientował, że ma z damą do czynienia i byle żarty, a już na pewno nie te chamskie, nie przejdą, to zapominał języka w gębie i ograniczał się do patrzenia na Kalę jak na zjawisko, choć wcale nie była zjawiskowa na pierwszy rzut oka. Ale ta nowa fryzura naprawdę bardzo jej pasowała – i kolor i równe obcięcie uwidaczniające delikatny kark Kaliny.

– Zobacz, to chyba te – umalowanym paznokciem pokazała Kalinie białe miseczki z maleńkimi uszkami.

– Nie. Mają być z napisem „trianon”, przecież ci mówiłam.

– Mówiłaś, ale jak doszłaś do kwestii, że w sumie pojedziesz ze mną, to przestałam cię słuchać – wiedziała, że mogła sobie pozwolić na szczerość wobec Kaliny, bo znały się od zerówki, kiedy obie były tak samo rozwydrzone, a Kalina nawet bardziej, tylko, że Adzie w sumie pyskatość została, a Kalina… „miała niskie ciśnienie”, jak to często podsumowywała Ada spokój przyjaciółki.

– O! Są! Jejku, nie mów mi, że to ostanie pudełko – Kalina byłaby zrozpaczona, ale to niepozytywna emocja, a takich raczej publicznie nie okazywała.

Przeszukiwała metodycznie półkę na całej jej głębokości, a Ada już rozglądała się za kimś z obsługi sklepu, kogo mogłaby zaczepić o jeszcze dwa opakowania z flaczarkami. Przyjechały po osiemnaście sztuk i Ada nie zamierzała wychodzić z sześcioma. Po chwili sterowały do kas – Ada na szpilkach a Kalina też szczęśliwa, bo pani z obsługi mięsnego znalazła im brakujące flaczarki pomiędzy dzbankami na kompot. Ada nawet wzięła jeden taki dzbanek, bo spodobał jej się kształt rączki.

Po chwili przyjaciółki zrzucały z siebie pakunki na dwa wolne krzesła w ogródku kawowym. Ada łakomym wzrokiem spoglądała na ciasto czekoladowe a Kalina macała swoje nowe flaczarki, żeby się upewnić, że żadna nie była pęknięta. Zaraz będą rozmawiać o facetach.

Były bardzo różne i nigdy nie spodobał im się ten sam mężczyzna, ale zawsze wspólnie przeżywały swoje miłosne perypetie. Obie były aktualnie singielkami. Ada się śmiała, że ich przyszli mężowie jeszcze się nie rozwiedli, a Kalina wtedy przewracała oczami z przerażeniem. Nie wiadomo czy prawdziwym czy udawanym.

Ich przyjaźń trwała chyba tylko dlatego, że tolerowały swoją wzajemną inność. Jak się zastanowić to fajnie jest mieć kogoś kto pokaże ci całkowicie nowe rozwiązanie, na które sama byś nie wpadła albo nie miała odwagi go wprowadzić w życie. Motywowały się wzajemnie i były sobie potrzebne. Jedna drugiej zawsze zwracała uwagę na wady aktualnego partnera i … pomagała je zaakceptować lub przetrwać rozstanie, gdy już naprawdę się nie dało. W swoim małym kręgu czuły się bezpieczne. „Syty głodnego nie zrozumie” mawiała często Kalina aby usprawiedliwić się z tego, że nie rozmawia ze swoją szczęśliwie zamężną siostrą o nadziejach i zawodach jakie płyną z nieustannych poszukiwaniach tego jedynego. A szukała przede wszystkim dobrego ojca dla gromadki dzieci bo za stereotypowo szczęśliwą rodzinę oddałaby wszystkie flaczarki świata. Ada stawiała przede wszystkim na partnerstwo i to ona – wbrew pozorom – była romantyczką, która oczekiwała wielkiego pierdolnięcia i motyli w brzuchu. Ciekawe ile jeszcze razy się spotkają zanim zatańczą na weselu Kaliny i zjedzą torta na ślubie Ady.

Są cudowne. Obie. Mam nadzieję, że Kalina będzie mogła wyciągać swój posag z kufra zanim braknie w nim miejsca.

Ale najpierw kawa. Jedna czarna i bardzo słodka, druga late z odrobiną cukru.