Jest taka przypowiastka o człowieku i motylu. Dla niektórych ona jest o tym, by nie poganiać, nie przyspieszać pewnych spraw; o tym, że wszystko ma swój czas. Dla innych jest o tym, że prawdziwy sukces wymaga wysiłku, zmagania się, może nawet cierpienia. Dla mnie za każdym razem jest o czymś innym. Dziś ta przypowieść to dla mnie historia o zaufaniu i wierze w to, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być. A raczej, biorąc pod uwagę jej tragiczny koniec, jest o braku zaufania.

Można różne, ale bardzo podobne wersje przypowieści o motylu znaleźć w Sieci i w książkach. Najpierw pomyślałam, że po prostu skopiuję skądś jej treść. Ale potem stwierdziłam, że napisanie tej historyjki po mojemu, moimi słowami, będzie miało dla mnie większą wartość. I nie myliłam się.

 

Opowieść o człowieku i motylu – moimi słowami 

Gdzieś, kiedyś, żyła sobie pewna kobieta. Miała dobre serce i piękne włosy. Pewnego razu, w samym rogu okna swojego drewnianego domu, kobieta dostrzegła motyli kokon. Bardzo się ucieszyła. Kochała motyle i radowała się, że niebawem kolejny z nich pojawi się na świecie, by cieszyć ludzkie oczy i serca. Każdego dnia rano, zaraz po odmówieniu krótkiego dziękczynienia za to, że nastał nowy dzień, kobieta biegła do okna by sprawdzić, czy motyl już wyszedł z kokonu. Ale dni mijały i nic się nie zmieniało. Kobieta zaczęła się niepokoić. Może motyl umarł w tym kokonie? A może kokon od samego początku był pusty i niepotrzebnie robiła sobie nadzieje? Zrobiło jej się smutno. Delikatnie dotknęła kokonu palcem. Był taki dziwny w dotyku, niepodobny do niczego, co dotykała wcześniej. Westchnęła i zajęła się swoimi sprawami. Zastanawiała się, czy wyrzucić ów kokon, ale w wirze codziennych czynności, zupełnie o nim zapomniała.

Kilka dni później, przechodząc koło okna, uchwyciła kątem oka ruch. Kokon drżał lekko i pojawiło się w nim małe pęknięcie. Serce kobiety zatrzymało się na chwilę, a potem zaczęło bić bardzo szybko. Podeszła do okna. Z przejęciem i wzruszeniem obserwowała narodziny pięknego motyla. Trwało do długie minuty, a potem godziny. Pęknięcie powiększało się, aż wreszcie motyl zaczął się przez nie przeciskać. Już prawie połowa jego motylego ciała wydostała się z ciasnego, brzydkiego kokonu. Kobieta cieszyła się. Ale nagle… nagle wszystko ustało. Motyl znieruchomiał, kokon znieruchomiał, a razem z tym cały świat znieruchomiał. Kobieta wstrzymała oddech. Pomyślała, że przeciskanie się przez małą szczelinę w kokonie musi być ogromnie męczące. Biedny motyl, wydawał się u kresu sił. Tak, jakby zrobił tyle ile mógł, dał z siebie wszystko, po czym zaprzestał dalszej walki. Wyglądał tak biednie i mizernie, do połowy wysunięty z kokonu. Kobieta wystraszyła się, że nieszczęśnik gotów umrzeć od tej nierównej walki, a że miała dobre serce, to wzięła malutkie nożyczki i jak najdelikatniej umiała, rozcięła kokon, wyjęła motyla i z czułością położyła go sobie na dłoni. Teraz będzie mu łatwiej.

Motyle skrzydełka drżały lekko, mokre, pozwijane, postrzępione. Kobieta czekała cierpliwie, aż zaczną schnąć, prostować się, nabierać barwy. Czekała długie minuty. Ale tak się nie stało. Motyle skrzydła na zawsze pozostały małe i zbyt mizerne, by unieść do słońca jego grube, nieforemne ciało. Całe swoje krótkie życie spędził na ziemi i nigdy nie dowiedział się, jak to jest latać. Biedny motyl, nigdy nie zrozumiał co się stało. Za to kobieta zrozumiała. W swojej dobroci i chęci niesienia pomocy nie zaufała motylowi. Nie pozwoliła mu być sobą. Nie uwierzyła, że czasem zmiana może przebiegać tak, jakby nic się nie działo. Bała się o motyla i chciała mu pomóc… nie pomyślała, że on wcale pomocy nie potrzebuje. Że krzywda mu się nie dzieje. Że, mimo trudu i wysiłku, to był najpiękniejszy moment jego życia, że wszystko było tak, jak być powinno, że motyl miał w sobie wszystko, czego mu było trzeba. Potrzebował tylko zaufania i tego, by kobieta w niego uwierzyła. Ale ona nie miała tej wiary. Nie miała wiary, ze czkanie też jest ważne. Że zmiana, gdy się dzieje, nie zawsze wygląda pięknie. Odebrała motylowi szansę na to, by przeciskając się przez małą szczelinę w kokonie, stał się w pełni sobą.

 

 

Nie poganiaj motyla. Nie przyspieszaj. Po prostu bądź i obserwuj. Zmiana z gąsienicy w pięknego motyla to zmiana ogromna, niemalże niewyobrażalna, magiczna. I długa. Tak długa, że czasem wydaje się, że nic się nie dzieje. Ale zaufaj mu. Po postu bądź, by słowem dodać mu otuchy i świętować ze nim, gdy rozwinie najpiękniejsze na świecie kolorowe skrzydła.