Kobiety nepalskie

Nie pamiętam skąd, ale miałam przeświadczenie, że nepalskie kobiety mają w życiu bardzo ciężko.

Gdy pojechałam do Nepalu, zwracałam więc na to szczególną uwagę.

Nie napiszę, że to przeświadczenie zniknęło, ale ja nie zaobserwowałam w Nepalu okrucieństwa wobec kobiet. Zależność ich od mężczyzn – tak, ale okrucieństwo – nie.

Przede wszystkim uważam, że wypowiadając się z naszej, europejskiej, perspektywy, na temat kobiet w innych kulturach (nie dotyczy to tylko kobiet nepalskich oczywiście, ale np. japonek, muzułmanek, członkiń afrykańskich czy południowoamerykańskich plemion) nie mamy praktycznie szans nie czuć frustracji, złości, albo… ulgi.

Kobiety w Nepalu zawsze otoczone są dziećmi, innymi kobietami albo mężczyznami. Ewentualnie praniem – nie ważne czy byłam w środku miasta czy w wysokich Himalajach, o poranku kobiety prały na powietrzu niezliczone ilości i tradycyjnych i europejskich (robionych w pobliskich Chinach) ciuchów. Mężczyzna, mąż kobiety nepalskiej, jeśli jest w pobliżu, to jest zawsze na froncie. Nie mówię tu o tym, że idzie przed kobietą, ale o tym, że w stosunku do obcych to mężczyzna odgrywa rolę kontaktu. Rozmawia (kobieta zwykle gorzej zna język angielski lub nie zna go wogóle), ustala ceny, a jeśli jecie w domu lub prowizorycznej, przydrożnej garkuchni, to raczej mężczyzna przygotuje posiłek. Jednak gdy nie ma w domu mężczyzny, bo akurat dostał robotę przy budowie drogi czy – częściej – kamiennych schodów pełniących rolę drogi (bardzo specyficznej, bo nie podróżuje się nią samochodem tylko pieszo, zakupy niosąc w rękach lub objuczając nimi osły) to kobieta bez problemu sobie radzi. Nawet jeśli dogaduje się na migi i uśmiechem, to nie zauważyłam, żeby fakt, że jest nepalską kobietą powstrzymywał ją od obsługi turystów czyli zarobienia pieniędzy dla rodziny. Spotkałam przynajmniej dwie takie kobiety – obie bardzo młode, mieszkające wysoko w górach.

Jedna z nich z powodzeniem prowadziła noclegownię i jadłodajnię dla turystów, druga robiła w swojej, położonej przy szlaku chacie, najlepszą herbatę cytrynową (specjalna mieszanka liści herbacianych z ogromną ilością cytryny i jeszcze większą ilością miodu). Surdali zaprosiła nas, nieznajomych jej turystów, na tę herbatę do swojego domu. Bo padało. Nikogo nie pytała o zdanie. Jej dom był piękny ale żadna z nas nie czułaby się w nim dobrze i nie mówię tu o glinianym, idealnie wygłaskanym klepisku, tylko o otwartej przestrzeni, w której żyły sobie trzy pokolenia, w tym dwie siostry jej męża. Na tej przestrzeni robi się dzieci. Trudno nie uświadomić sobie w takiej chacie naszej europejskiej pruderyjności, tego naszego głęboko zakorzenionego, chrześcijańskiego wstydu i skrywania się z naszą seksualnością. Ja się wręcz złapałam na myśleniu, że oni tam chyba robią seks tylko w celach prokreacyjnych. No bo jak tu czerpać przyjemność z klapsów, ugryźć męża w uszko, wyrzucać ręce w górę i krzyczeć podczas orgazmów gdy teściowa patrzy. Nie wiem czy tak jest, ale tak mi to namalowała moja europejska wyobraźnia.

Kobiety nepalskie są bardzo bardzo silne. Wiedziałyście, że pracują jako szerpki? I wcale nie noszą mniej niż mężczyźni. Widziałam kobiety orzące wołami pola i grupę kobiet 60+ niosących na plecach takie ilości siana, że mój piętnastokilogramowy plecak to była kpina, a one szły na górę boso i dobrze się z nimi wędrowało bo robiły przystanki na picie i chichranie się z częstotliwością wręcz idealną.

Gdy pokazałam mojemu towarzyszowi podróży kobietę ładującą piach na przyczepę podczas gdy na siedzeniu małego traktorka drzemał mężczyzna, to kolega nie wytrzymał i skomentował nader siarczyście, ale ja już byłam wtedy na takim etapie myślenia o kobietach nepalskich, że wzięłam tego pana w obronę! Stwierdziłam, że pewnie pracował całą noc więc teraz wykorzystuje każdą chwilę by odpocząć. Prawdopodobnie tak było. Moja raczkująca feministyczna natura nie raz zwariowała podczas obserwowania takich obrazków, chociaż rzeczywistość ma tak bardzo związek z realiami ekonomicznymi, że równouprawnienie musi poczekać.

W miastach widziałam głównie sprzedawczynie, choć i tak mężczyzn prowadzących sklepy i punkty usługowe było więcej. Nie widziałam policjantek, ale widziałam kobiety w mundurach. Widziałam zamiataczki ulic ale ani jednej kobiety prowadzącej autobus czy choćby taksówkę. Poza miastami widziałam głównie jak kobiety i mężczyźni (a nierzadko także dzieci) robią wszystko razem – od orania pola po zalewanie stropu na nowo stawianym domu.

W Nepalu bardzo często zastanawiałam się czy równouprawnienie, tak jak my je rozumiemy, jest w ogóle możliwe jeśli społeczeństwo nie ma pewnego poziomu bezpieczeństwa ekonomicznego. I wstydziłam się tej swojej europejskiej myśli, bo wiem, że nawet gdybym sprzedała wszystko co mam i przeniosła się do Nepalu to – gdy pieniądze by mi się skończyły – nie poradziłabym sobie w tamtych realiach. Wspomnienie luksusów jakie tu mam chyba zawsze kładłoby się cieniem na moją zdolność uśmiechania się i bycie życzliwą – coś co ma w sobie każdy Nepalczyk. A ja miałabym od czasu do czasu dość krzywych ścian i tzw. lokalnych toalet (dziura w ziemi do której trzeba kucać i spłukiwać wiaderkiem).

Byłam w Nepalu tylko dwa tygodnie, a naprawdę mogłabym napisać (cienką) książkę o moich obserwacjach i wnioskach dotyczących kobiet nepalskich ale też nas, kobiet europejskich, bo zderzenie z inna kulturą było realne. To nie tak, że się człowiek przewiezie do Włoch albo do Szwecji, gdzie są pewne różnice ale do wyobrażenia, bo w normie (naszej, europejskiej).

Gdy w Kathmandu weszłam do księgarni, za ladą stała kobieta ubrana w sposób, który nazwałam mieszanym – tradycyjny strój, ale europejskie buty i torebka (bardzo fajna). Patrzyła które książki przeglądam i w pewnym momencie zdjęła z półki cienki egzemplarz, który podała mi ze słowami „myślę, że tego szukasz”. Miała rację. To ta książka – napisana przez nepalskie kobiety o nepalskich kobietach – dała mi jeszcze lepszy, choć wiem że wciąż niekompletny, obraz życia kobiet w Nepalu. I wciąż się nie mogę do końca połapać czy kobiety nepalskie mają w życiu źle czy dobrze, lepiej czy gorzej. Zapamiętałam je jako autentycznie wesołe – od małej dziewczynki, która co rano idzie dwie godziny po górach do szkoły, przez uczennice, młode mężatki, szerpki, aż po babcie brykające boso po górach.

Trochę to niefajnie może zabrzmi gdybym powiedziała, że kobiety w Nepalu są pożyteczne, więc może po prostu napiszę, że robią pożytek ze swojego życia. Lepiej niż ja.

 

(zdjęcie tytułowe: Pixabay, zdjęcia w tekście: Czwarta)