Koń, jaki jest, każdy widzi. Mądrość niby oczywista, ale „gdzie koń ma kolano to już nie wszyscy sobie zdają sprawę” – powiedziała moja kumpelka Baśka i postanowiła to sprawdzić na żywym modelu. Na samym sprawdzaniu się oczywiście nie skończyło, gdyż Baśka, idąc za ciosem, zapisała się na nauki jazdy konnej. Jak się okazało rzecz wcale nie jest łatwa, ale Baśka już po pierwszej lekcji wsiąknęła na maxa.

Ostatnio Baśka przybiegła dumna do pracy i oznajmiła, że nauczyła się anglezowania. Spojrzałam się na nią, bo przecież kto w ogóle wie, co to właściwie znaczy. Anglezowanie, raczyła wyjaśnić mi Baśka, to unoszenie się jeźdźca w takt ruchów konia. Służy to głównie temu, by miękkie ciałko konia nie zostało poturbowane przez jej kościsty tyłek. Jak potem się okazało, anglezowanie nie od początku było dla niej takie proste, bo konia trzeba było wyczuć i dopiero wtedy dopasować się do niego.

W trakcie tej opowieści doszło do mnie, że z tą jazdą na koniu jest jak z życiem. Człowiek wsiada w siodło i jedzie i tylko od niego zależy, gdzie pojedzie i jaka będzie jakość tej jazdy. By dobrze nam się jeździło nie należy się z tym życiem brać za bary, dręczyć się i męczyć, bo tylko obijemy sobie siedzenie. Życie to umiejętność odczuwania i interpretacji tego, co nas otacza i dostosowania się do tego. „Dostosowania? Ale ja nie chcę iść w pół-środki, być bierna” zarzuciła mi Baśka, słysząc moją teorię. I miała rację. Obie ją miałyśmy. Bo nie w tym rzecz, by się poddać i lecieć tam, gdzie nas koń poniesie.Chodzi natomiast o to, by po tym, jak na niego wsiądziemy, poznać go i oswoić. Wtedy będziemy mogli nim swobodnie kierować i stać się Panią naszego życia.