Osobą od początku do końca odpowiedzialną za moje życie jestem ja sama. Pamiętam, że gdy ta prawda, z gatunku, bądź co bądź, pozornie „oczywistych oczywistości”, dotarła do mnie, poczułam się fatalnie. Poczułam się autentycznie chora. Poczułam mdłości na myśl o ogromie odpowiedzialności, który na mnie spoczywa. Przeraziłam się i nie byłam w stanie poradzić sobie z tą myślą. Przecież to wywraca całą moją życiową filozofię do góry nogami.

 

NAJPIERW…

PROTEST I ZAGROŻENIE

Przecież moją podstawową formą obrony przed życiem było składanie odpowiedzialności za nie w ręce innych ludzi. Szczególnie chętnie składałam w ich ręce odpowiedzialność za moje porażki i niepowodzenia. Przecież na tyle rzeczy nie mam wpływu, myślałam. Na to, że nie urodziłam się w bogatej rodzinie, gdzie od początku byłabym ustawiona. Albo w Nowym Jorku, gdzie wszystko jest możliwe, a angielski umiałabym ot tak, a nie po latach wkuwania. Przecież to nie moja wina, że bóg poskąpił mi pięknego głosu, długich nóg i talentu do gry na pianinie. A skłonności do tycia pewnie mam genetyczne. Przecież to nie moja wina, że jestem nieśmiała, niepewna siebie i gdy inni prą do przodu ja mogę tylko patrzeć i wzdychać – eh, gdyby TO czy TAMTO było inne, gdyby świat nie był dla mnie taki okrutny, to już dawno byłabym Królową Kosmosu, najszczęśliwszą istotą na tej planecie, a wszystkie moje marzenia by się spełniły. A tak? To nie moja wina, że jest tak jak jest!!!!

A jeśli faktycznie ja jestem odpowiedzialna za moje życie, to wnioski są oczywiste: skoro moje życie jest beznadziejne, to ja jestem beznadziejna. Nic mi nie wychodzi i na dodatek to wszystko moja wina. PIĘKNIE. Pogratulować, cholera. Zepsuło się i nie ma na kogo zwalić winy. 

 

POTEM…

NADZIEJA I SZANSA

Pierwszy szok minął, więc szukam drugiej strony medalu. Zawsze gdzieś jest druga strona medalu, gwiazdka w umowie i drobny druczek. Osobą od początku do końca odpowiedzialną za moje życie jestem ja sama. A to znaczy, że mogę je zaplanować, kreować, tworzyć. Mogę realizować swoje największe marzenia, bo ich spełnienie zależy ode mnie. Kiedy coś mi się uda, to często moja zasługa. Kiedy coś nie wyjdzie, to często moja wina. To faktycznie jest obciążająca wiedza i duża odpowiedzialność. Ale także piękna perspektywa, być kreatorem swojej przyszłości! Nie jestem skazana na łaskę i niełaskę wszechświata, boga, zbiegów okoliczności i uśmiechów losu.

A jeśli faktycznie ja jestem odpowiedzialna za moje życie, to wnioski są oczywiste: to, gdzie teraz jestem, kim jestem, jest sumą moich wcześniejszych decyzji. To, gdzie będę za rok i kim będę, będzie sumą decyzji, które podejmę choćby jutro. Dlatego boję się i robię, choć czasem jest ciężko, czasem nie wierzę, czasem wątpię i mam żal do świata. Ale boję się i robię, bo jestem odpowiedzialna za moje życie. Boję się i robię, bo życie zaczyna się tam, gdzie kończy się strefa komfortu

 

* * *

Osobą od początku do końca odpowiedzialną za twoje życie jesteś ty sama. Wszystko inne jest tylko wymówką. A za robienie sobie wymówek też prędzej czy później będzie trzeba wziąć odpowiedzialność.