Od kilku tygodni zaczytuję się w książce Nathaniela Brandena „6 filarów poczucia własnej wartości”.  Autor jest „prekursorem wiedzy o samoocenie”, spodziewałam się zatem psychologicznego bełkotu, który będzie zmuszał mnie do odkładania tej książki raz po raz. Rzeczywiście czytam ją na raty, ale dlatego, że tak dużo w niej widzę siebie, swoich myśli i przekonań – przeszłych lub obecnych. Za dużo w niej przekonań, które wypowiadają moje znajome. Za dużo w niej bezczelnej prawdy.  

Na przykład takiej prawdy, testowanej w moim życiu i obserwowanej w życiu przyjaciółek:

Czytam, i buntuję się jak pięciolatka. Wygląda na to, że od tego pieprzonego poczucia własnej wartości wszystko zależy. Wszystko. Szczęście osobiste. Szczęście w związku. Satysfakcja w pracy. Satysfakcja w łóżku. Spełnianie marzeń. Jednym słowem – takie życie, jakiego wszystkie chcemy.

Wkurzam się. Dlaczego zatem wysokie, adekwatne poczucie własnej wartości nie jest czymś, co mamy dane od Boga, Natury i zapisane w kodzie DNA? Dlaczego o przekonanie o swojej wartości trzeba walczyć, trzeba je z mozołem budować, cegiełka po cegiełce, trzeba je wyszarpywać pazurami, dbać, jak o najdelikatniejszą roślinę? Przyglądam się światu i widzę, że to adekwatne, wysokie poczucie własnej wartości nie jest czymś normalnym,  tylko czymś tak wyjątkowym, że trzeba o tym pisać książki, artykuły, robić badania naukowe, budować na warsztatach rozwoju osobistego i naprawiać na terapii. Rozwijać filary poczucia własnej wartości: samoświadomość, samoakceptację, odpowiedzialność za siebie, asertywność, poczucie celowości życia i prawość.

Wkurzenie z czasem mija. Pojawia się wyzwanie. Niech zatem będzie. Wyobrażam sobie, że poczucie własnej wartości jest jak mięsień, który mogę trenować na siłowni. Na siłowni duchowej i umysłowej. Mogę wykonywać ćwiczenia i z radością obserwować efekty, nawet jeśli na początku nic się nie zmienia. Staram się ćwiczyć codziennie. Skoro od tego tak wiele zależy, to chcę mieć wpływ na moje wyniki. To jak z chudnięciem. Albo leżę, wpierdzielam czekoladki i narzekam na to, że piękni i szczupli mają w życiu lepiej, a mnie się akurat trafiła słaba wola, albo czekoladki lądują w koszu, a ja idę na spacer zagryzając marchewką, ciesząc się, że mam wpływ na swoje życie, które świadomie zmieniam na lepsze.

I ja wybieram to drugie.