Kto rozporządza moją osobą

Wczoraj, w pracy, okazało się, że moją osobą rozporządza mój szef. Już trzeci raz usłyszałam od niego, że mam nie robić niczego co zlecił mi ktokolwiek poza nim. Swoją tyradę zakończył stwierdzeniem „od rozporządzania pani osobą jestem ja”. A mnie… zatkało.

Chciałam… CHCIAŁAM krzyczeć że rozporządza to on  co najwyżej moim czasem, 40 godzin w tygodniu, a nawet rzucić mu w twarz, że niech sobie swoją dupą rozporządza jak umie. Poczułam, że na tej sytuacji skończyła się moja wieloletnia tolerancja w stosunku do – nawet najfajniejszych – szefów i kolegów z pracy i ich mniej lub bardziej uświadomionej dyskryminacji w stosunku do kobiet w miejscu pracy.

Przypomniało mi się jak przełożony poprosił mnie o zrobienie kawy ale ponieważ byłam zajęta to powiedziałam, że w tej chwili nie mogę i żeby poprosił Piotrka. Zrobił sobie tę kawę sam…

Przypomniało mi się jak ustalali pomiędzy sobą, że „nie przejmujcie się, najwyżej pani Czwarta się ładnie ubierze i pójdzie tę sprawę nam załatwi”…

A nawet to mi się przypomniało jak upominali się nawzajem, żeby nie przeklinać w moim towarzystwie a gdy któryś chciał opowiedzieć obrzydliwy dżołk to mówili „pani Czwarta niech pani zakryje swoje piękne, wrażliwe uszy”. Tak mówili, przysięgam!

Jest mi z tym źle a jednocześnie… nie mam w sobie przestrzeni na to, żeby upominać, tłumaczyć, edukować, walczyć. Wyrażam swą dezaprobatę milczeniem, totalnym brakiem reakcji. I jestem to w stanie powiedzieć tylko tutaj, w kręgu, w tym bezpiecznym, nieoceniającym miejscu.

Moje ciało jest moje. A mężczyźni w miejscu pracy często zdają się temu zaprzeczać słowami i czynami. Ich działania mówią po co jest moje ciało a mnie to przeszkadza. Ja nawet uznaję fakt, że robią to często nieświadomie, lecą programem, stereotypem, ŻARTEM.

Ale to i tak nie w porządku. Tyle.

Chciałabym jakoś przekuć ten zauważalny dyskomfort na działanie…