Temat menstruacji pojawia się u mnie cyklicznie. I to nie tylko biologicznie cyklicznie, ale  też w refleksjach i jej miejscu w świecie.

Już nie pamiętam skąd dokładnie rozpoczęła się u mnie ta przygoda, ale w dużej mierze jest nią po prostu moja kobiecość i comiesięczne spotkania z krwią. Ciotka w czerwonym samochodzie, okres, te dni. I jakiś nieukierunkowany gniew z niezrozumienia dlaczego nie mówimy o niej otwarcie, dlaczego to jest tabu, dlaczego w reklamach podpasek używa się niebieskiego płynu zamiast czerwonego. Dlaczego tak wiele lat czułam wstyd na samą myśl, że przychodzi ten szczególny dzień w którym płynie ze mnie krew, a która nie jest krwią ulaną w walce. Do tej pory wstydzę się swojej fascynacji, jednak przeziera przeze mnie duma, że jestem kobietą i moja krew jest jednym z jej żywych dowodów.

Ostatnio przerabiałam pracę z ciałem polegającą na przyglądaniu się swojemu nagiemu ciału w lustrze. Przez piętnaście minut obserwowałam siebie, patrzyłam na swoje nagie ramiona, piersi, biodra i uda po których spływała gęsta rubinowa krew. Tak się akurat złożyło, że krew przyszła szybciej a ja nie miałam zamiaru zrezygnować z pracy. I niesamowitym doświadczeniem było po raz pierwszy poczuć jak moja miesięczna krew spływa powoli po udach, kapiąc na podłogę. Zupełnie się tym nie przejmowałam. Patrzyłam na to z fascynacją. Obracałam udo, pozowałam i patrzyłam jak to wygląda naturalnie, bez podpasek, tamponów, czy innych ustrojstw. Początkowo była ciepła, potem, w miarę jak spływała w dół zmieniała swoją temperaturę. Myślałam sobie, że jestem szalona robiąc coś takiego, ale z drugiej strony kto inny powiedziałby mi, pokazał jak krew zachowuje się w „te dni”?

Na podłodze utworzył się wzór kropek o pięknej czerwonej barwie. Przyglądałam się im, nie oceniałam, po prostu byłam z ujawnioną manifestacją swojej kobiecości i cieszyłam się, że pozwoliłam sobie na taką otwartość względem siebie. Czułam, że w ten sposób uświęcam w pewien sposób ten wyjątkowy czas dla każdej z nas. Że nie ukrywam krwi, nie chowam jej w podpasce, by potem cichaczem przenieść ją do kosza jakbym zrobiła coś złego, wstydliwego. Bezwstydnie nakapałam na podłogę! Więcej, dookoła ułożyłam kryształy i zapaliłam szałwię tworząc ołtarz żywej krwi. I zrobiłam zdjęcie. Czułam, że robię właściwie oddając hołd tej przestrzeni. I zostawiłam to, nie sprzątając.

Następnego dnia obudziłam się cała podenerwowana, nabuzowana jak osa bez pomysłu skąd mi się to wzięło. Kiedy wstałam z łóżka i zobaczyłam ołtarz zdenerwowałam się jeszcze bardziej. Do tej pory jestem z tymi emocjami, nie blokuję ich w żaden sposób, staram się je obserwować. Ale za każdym razem jak patrzę na tę uświęconą krew czuję gniew zbierający się w każdej komórce mojego ciała. Bo ta krew woła do mnie za każdym razem „ty żyjesz!” choć wygląda jakbym zrobiła sobie porządną krzywdę, albo jakiś rytuał czarnomagiczny. Mimo wszystko byłam w tej przestrzeni i dobrze mi było oswajając się z nią.

Dopiero kiedy wróciła rodzina zmyłam krew z podłogi. Czułam się trochę jakbym ukrywała przed nimi to co zrobiłam. Nie chciałam pytań, po co, dlaczego. Nie jest mi z tym dobrze, ale nie mam siły ani odwagi aby konfrontować się z otoczeniem.

Ale cieszę się, że poruszyłam tę przestrzeń. A wy jaki macie kontakt i przemyślenia na temat swojej krwi?

Sawa

 

 

tytułowe photo credit

foto pod tekstem – Sawa