Często pracuję z dziećmi i rodzicami, i lubię czytać różnej maści „podręczniki wychowania”. Czasem jakieś jedno zdanie, jakaś konkluzja czy przykład stają się dla mnie impulsem do rozmyślań na tematy zupełnie nie dziecięco-rodzicielskie. Tak jak przedwczoraj…

Miłość bezwarukowa! Teoretycznie możliwa między rodzicem i dzieckiem, w praktyce szalenie trudna do okazywania i nie znam chyba żadnego rodzica, który by okazywał swojemu dziecku miłość bez żadnych, absolutnie żadnych warunków. Który nie używałby obdarowywania miłością (uwagą, pochwałą) jako nagrody i odbierania miłości jako kary. Oczywiście zupełnie nieświadomie.

Niby temat mało ma wspólnego z kobiecością, przecież to nie jest blog parentingowy.

Ale przecież w tobie też siedzi dziecko. Takie, które chce być kochane ponad wszystko.

 

Miłość bezwarunkowa… do siebie?

I tak dochodzimy do mojego ulubionego tematu rozważań, czyli automiłości. Że kochać siebie warto i jest to ważne, to wiem. Ale… kochać siebie zawsze, bez granic, bez cenzury, bez racjonalizowania, bez dozowania tej miłości, kochać siebie zawsze i wszędzie, w każdych okolicznościach tak samo, z niezmienną siłą…?

Kochać siebie jest łatwo. Kiedy masz dobry dzień, słońce świeci, orzeźwiające powierz wypełnia ci płuca gdy idziesz rano po bułki. Kiedy wszystko wydaje się takie właściwe, na swoim miejscu, proste. Kiedy projekty idą jak po maśle, sukienka leży jak ulał, cudowne pomysły wpadają do głowy, nic tylko kochać siebie i przytulać życie. Nic tylko iść po ulicy śpiewając na głos. Albo chociaż nucąc.

Ale… kochać siebie ZAWSZE?

Mój mózg robi małe salto.

Kochać siebie bezwarunkowo. Tak jak chciałaś, by twoi rodzice cię kochali. Nie tylko kiedy dostałaś piątkę, wygrałaś konkurs, miałaś dobry dzień i radośnie śpiewałaś piosenki wyuczone w przedszkolu, kiedy przychodziłaś i się przytulałaś, miałaś prządek w zabawkach i zjadałaś całego kotleta. Ale też wtedy, gdy zniszczyłaś nową sukienkę, rozbiłaś wazon babci, prawie wydłubałaś bratu oko cyrklem, odmawiałaś sprzątania i mycia zębów albo krzyczałaś tak, że słychać cię było trzy domy dalej – wtedy też chciałaś czuć, że jesteś kochana. Kochana mimo wszystko. Zawsze.

Nie wiem, czy twoi rodzice kochali cię w taki sposób i czy ci to okazywali. Jeśli tak, to na pewno łatwiej będzie ci kochać siebie taką miłością. Miłością bez wymagań i bez granic. I okazywać ją sobie.

Kochać siebie bezwarunkowo. Nie tylko kiedy wyglądasz pięknie, zrzuciłaś dwa kilo, dostałaś pochwałę od szefa, zapisałaś się na wymarzone studia podyplomowe, upiekłaś najpyszniejsze ciasto, odbyłaś cudowną sesję medytacyjną, dopięłaś na ostatni guzik ważne zlecenie, posprzątałaś cały dom czy odniosłaś jakikolwiek sukces zawodowy czy prywatny. Gdy jesteś idealna.

Ale też wtedy, kiedy rano budzisz się wymęczona, z podkrążonymi oczami  i kiepską fryzurą. Gdy nie potrafiłaś sobie odmówić piątej czekoladki, nie zdążyłaś na czas na ważne spotkanie, zapomniałaś odpisać na maila, zawaliłaś projekt w pracy, przytyłaś trzy kilo w weekend. Gdy krzyczysz na dzieci i masz pretensje do partnera/partnerki. Gdy poniosły cię nerwy. Gdy „zawodzisz siebie” na całej linii. Potrafisz się wtedy kochać? Potrafisz tej dziewczynce w tobie powiedzieć – kocham cię zawsze. Zawsze i w każdych okolicznościach. Nawet teraz. Kocham cię zawsze i zawsze będę cię kochać. Nieważne, czy coś ci się udaje czy nie. Kocham cię zawsze i bezwarunkowo.

Jeśli nigdy nie czułaś się tak kochana, to pewnie idea miłości bezwarunkowej nie mieści i się na razie w głowie. Nie szkodzi. Daj jej chwilę, niech się tam poczuje pewniej :)

Ja się uczę bezwarunkowej automiłości. I owszem, na razie wydaje mi się to niemożliwe. Ale… już wiele rzeczy wydawało mi się w życiu niemożliwe, a potem się działy.

***

Dziś patrzę zupełnie inaczej na mój ukochany wiersz Gałczyńskiego „Rozmowa liryczna”. Zawsze czytałam go jako rozmowę między kobietą i mężczyzną. Dziś spojrzałam na niego jak na dialog ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Tym, które potrzebuje zapewnienia, że jest kochane zawsze i wszędzie, w każdych okolicznościach, bez warunków.

– Powiedz mi jak mnie kochasz. 
– Powiem. 
– Więc? 
– Kocham cie w słońcu. I przy blasku świec. 
Kocham cię w kapeluszu i w berecie. 
W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie. 
W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach. 
I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona. 
I gdy jajko roztłukujesz ładnie – 
nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie. 
W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku. 
I na końcu ulicy. I na początku. 
I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz. 
W niebezpieczeństwie. I na karuzeli. 
W morzu. W górach. W kaloszach. I boso. 
Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą. 
I wiosną, kiedy jaskółka przylata. 
– A latem jak mnie kochasz? 
– Jak treść lata. 
– A jesienią, gdy chmurki i humorki? 
– Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki. 
– A gdy zima posrebrzy ramy okien? 
– Zimą kocham cię jak wesoły ogień. 
Blisko przy twoim sercu. Koło niego. 
A za oknami śnieg. Wrony na śniegu.