Ostatnio na spotkaniu Kręgu Kobiet wzięłyśmy na tapetę poczucie dumy. Poczułam, jaki to ważny dla mnie temat, jak wiele strun porusza. Temat wart swojego własnego tekstu. Bo… kiedy ostatnio poczułaś, że jesteś z siebie dumna? A kiedy ostatnio to sobie powiedziałaś? Ja dziś rano. Powiedziałam sobie: „Jestem z siebie dumna, że wstałam przed budzikiem!”

Z czego tu być dumną – można by powiedzieć, pukając się przy tym palcem w czoło – wstać przed budzikiem to naprawdę żaden wielki powód do dumy. Oczywiście, że nie  żaden wielki. I tak dochodzimy do pierwszej zasady autochwalenia.

 

Chwal siebie za małe rzeczy.

Wiem, jak jest, gdy zaczyna się temat poczucia dumy.

Ja nie mam z czego być dumna. Nie zrobiłam dziś nic, z czego mogłabym być dumna. W ogóle, w życiu nie osiągnęłam niczego, z czego mogłabym być dumna. W końcu prawie każdy teraz kończy studia, nie? W końcu co to za osiągnięcie, średnio płatna praca.

Poczucie dumy nie karmi się tylko wielkimi osiągnięciami. Owszem, kiedy już zbawisz świat, uratujesz z pożaru dwójkę dzieci i szczeniaczka, dostaniesz w pracy awans albo najlepiej założysz własną firmę, która będzie odnosić same sukcesy, wtedy będziesz mogła być z siebie dumna. Ale wiesz co? Teraz też możesz. Możesz być dumna, że wstałaś przed budzikiem. Możesz być z siebie dumna, że upiekłaś to wspaniałe ciasto czekoladowe. Możesz być z siebie dumna, że zrobiłaś dziś to wielkie prasowanie. Możesz być dumna, że zjadłaś śniadanie, zwłaszcza jeśli zazwyczaj tego nie robisz. A jak miałaś wyjątkowo ciężki dzień, to możesz być z siebie dumna, że udało ci się go przetrwać. Naprawdę. Inaczej łatwo wpaść w pułapkę „czekania na rzeczy wielkie”… i kopania przy tym wielkiej dziury pod swoim poczuciem własnej wartości, bo przecież nie mam z czego być dumna…

 

Już słyszę westchnienia i głosy pełne zwątpienia. No tak – powiesz – ale tak samemu się chwalić? Przecież kiedy ktoś inny mnie pochwali, to jest dużo lepiej. Ci, co sami się chwalą, to chwalipięty, a ci , których chwalą inni, to ludzie sukcesu wzbudzający podziw.

A drugie, sklecone przeze mnie naprędce prawo autochwalenia, mówi wyraźnie:

 

Nie czekaj aż ktoś cię pochwali – pochwal się sama.  

To przekonanie, że inni mogą mnie chwalić, a ja siebie nie, jest ciężkiego kalibru, bo często wyniesione z dzieciństwa.

 

– Mamo, dostałam piątkę!

– Świetnie, jestem z ciebie dumna!

 

– Mamo, pani mnie pochwaliła przed wszystkimi!

– Brawo kochanie, mama jest bardzo dumna z ciebie. 

 

20 LAT PÓŹNIEJ

– Zobacz, zobacz jak mi się fantastycznie udało!

– Jestem z ciebie bardzo dumny. 

 

– Dziś  w pracy poszło mi fantastycznie! Jesteś ze mnie dumny?

– Bardzo, naprawdę, jesteś świetna. 

 

Gorzej, kiedy nie ma nikogo, kto mógłby być ze mnie dumny. Wtedy czuję, że moje osiągnięcia są mniej ważne, a ze mnie cała ta „duma” uchodzi jak z przekłutego balonika.

Podstawowe źródło samooceny tkwi wewnątrz nas. Oddając innym prawo do chwalenia cię, i zabierając je jednocześnie sobie (bo to nic nie warte), oddajesz im władzę nad swoim poczuciem własnej wartości.

Jeśli wyobrazimy sobie, że poczucie dumy jest czymś, co nas karmi, to myślę, że dobre będzie takie porównanie: poczucie dumy, które nam dają inni, jest fajne. Jest smaczne, jak batonik czekoladowy. Jest potrzebne, bo daje szybko energię do działania i przyjemne uczucie w środku. Ale to energia tylko na chwilę, a dodatkowo puste kalorie, które (niestety), nie pójdą „w cycki” :).

Duma, którą same sobie dajemy, jest jak codzienna porcja warzyw. Pomaga budować zdrowe poczucie własnej wartości.

A teraz weź kartkę. 

Napisz u góry: Jestem z siebie dumna, bo…

… i daj sobie 20 minut na wpisanie tylu zakończeń, ile tylko ci przyjdzie do głowy. Nawet jeśli przez 15 minut miałabyś przesiedzieć nad pustą kartką. Pamiętaj. Można być dumną z małych rzeczy, i można chwalić się samemu.