Moja cipka się marnuje

Siedzę już drugą godzinę w jakimś marazmie zaklętym, przeklętym. Tyle mam do zrobienia ale kompletnie nie mogę zebrać myśli. „Tyle mam do zrobienia”… taki bulszit, który sobie wciskam każdego dnia gdy robię rzeczy kompletnie nieważne. Błądzę myślami po manowcach wspomnień i w głowie znowu zaczyna mi się kołatać zdanie: MOJA CIPKA SIĘ MARNUJE.

Serio? Skąd mi się to w ogóle wzięło? Myślowy ciąg wsteczny potoczył się w mojej głowie w ciągu kilku sekund. Najpierw dziadek, który rąbał drewno – od wielkich i ciężkich obałków, które traktował wielką siekierą, po małe i drobne gałązki, które dziabał małą siekierką siedząc po japońsku przy pieńku w rogu podwórka – co to nadziwić się nie mógł jak chętnie pomagałam we wszystkim i mawiał „ty to kiedyś będziesz dobrą żoną”. No cóż, jakby ci to powiedzieć, dziadku – nie jestem.

„Czas płynie i mija a ty wciąż niczyja” – mówiła ze śmiechem moja ciotka gdy miałam kilkanaście lat. Nie pamiętam czy mówiła to też do mnie. Myślicie, że mówiła też do mnie? Przecież byłam mała!

„Czwarta, a ty kiedy?” – standardowe pytanie zadawane przez życzliwych członków rodziny dalszej w okolicznościach i w sposób, które miał mnie chyba zmobilizować.

„No żeby taka dziewczyna się marnowała” – to oczywiście mój tata. Całkiem niedawno.

„Spoko, szanuję że nie chcesz, ale naprawdę szkoda, żeby taka cipka się marnowała” – to już reakcja mężczyzny na odmowę układu „friends with benefits”.

I tak mi zostało w głowie to przeświadczenie dzwoniąco-kołaczące, że moja cipka się marnuje.

Nic więcej na dziś.