Pamiętam, że kiedy byłam mała, odkryłam zafascynowana, że wszystkie rzeczy mają nazwy, że można wszystko nazywać. Czułam się, jakby dano mi władzę nad światem; natychmiast zapragnęłam poznać nazwę każdej rzeczy i wziąć ją w posiadanie. Byłam za mała, żeby pojąć czemu to robiłam z niesłabnącym trudem, ale teraz już wiem, o co chodziło. Nazwać, znaczy uczynić znajomym. Nazwać, znaczy przestać czuć się obco wobec czegoś, przestać się bać. Nazwać znaczy zrozumieć, zaakceptować, zintegrować. Polubić. Pokochać. Fascynowałam się słowami, fascynowałam się nazwami i nazywaniem. Chciałam poznać nazwę wszystkich rzeczy które mnie otaczały, a tym, które nie miały nazw, nadawałam własne nazwy, by nie czuły się gorsze od innych, nazwanych rzeczy. Nazywałam nienazwane po swojemu, lub dowiadywałam się prawdziwej nazwy. Smakowałam nazwę na języku, słuchałam jej brzmienia, obracałam nazwę w głowie, aż czułam, że jest moja, że pasuje. Rzeczy nienazwane dla mnie nie istniały i nabierały sensu dopiero po nadaniu im nazwy. Z nazwanymi rzeczami można było rozmawiać, a nawet się zaprzyjaźnić, co często mi się zdarzało w dzieciństwie.

Miałam pewne nienazwane miejsce między nogami. Ciekawiło mnie i zapragnęłam dowiedzieć się, jak się nazywa. Zapytałam mamę, podałam mi jakąś nazwę, ale ta nazwa nie pasowała. Nie, to miejsce tak się nie mogło nazywać. Zaintrygowało mnie to jeszcze bardziej. Oczywiście natychmiast zapragnęłam wymyślić własną nazwę dla tego miejsca, ale żadna nie pasowała! Przez pewien czas miejsce między  nogami pozostało nienazwane, co bardzo mnie martwiło. Czułam się niekompletna.

Na pewno się martwisz. Ja też się martwiłam. Dlatego zaczęłam pisać ten tekst, że martwiłam się o pochwy. Przejmowałam się tym, co o nich myślimy, a jeszcze bardziej tym, że nie myślimy. Martwiłam się o swoją pochwę. Chciałam, żeby znalazła się w szerszym kontekście, w jakiejś społeczności, kulturze pochwowej. Bo spowijają je, zupełnie jak trójkąt bermudzki, tajemniczość i gęsty mrok. Nie dochodzą stamtąd żadne komunikaty.

Potem poznałam różne nazwy dla tego między nogami. Nazwy ładne i brzydkie, nazwy medyczne, wulgarne, nazwy dziecięce i dorosłe. Nie wiedziałam jak to możliwe, że jedno miejsce może mieć tyle nazw, a jednocześnie żadna z tych nazw nie pasowała do mnie i do mojego miejsca. Wciąż czułam się niekompletna. Nie wiedziałam jak to nazwać. Żadna z nazw nie wydawała mi się właściwa. Nie mogłam zaprzyjaźnić się z nienazwanym miejscem między nogami. Nawet, gdy zaczęłam tego używać, nie potrafiłam tego nazwać, oswoić, polubić, pokochać, zrozumieć, zintegrować. Nie wiedziałam jak o tym mówić, myśleć, jak mówić o tym co sprawia mi przyjemność, czego pragnę. Czułam się skołowana, zawiedziona i rozczarowana. Nie mogę powiedzieć, że nie lubiłam tego miejsca, albo je negowałam, o nie. Po prostu… chyba nie miało dla mnie większego znaczenia, albo źle interpretowałam to znaczenie. Ale wciąż czułam się niekompletna. To było bardzo niewygodne uczucie.

Martwię się pochwami — tym, jak na nie mówimy i jak nie mówimy. W Great Neck mówią na nią myszka. Pewna kobieta stamtąd opowiadała mi, jak matka ją pouczała: „Nie wkładaj majtek pod piżamę, bo myszka musi się wietrzyć”. W Westchester mówiono na nią króliczka, w New Jersey — szpara. Może też być: puderniczka, rufa, piczka, pichna, pitula, pipiątko, pociurynka, pupilka, kosmaczka, hamerajda, szamszurka, gżegżółka, cipencja, małpiatka, firletka, cynogier, małż, pani Gi, wagina, pisia, siuśka, grzechotka, mona, muszelka, szantażystka, wsadźba, trufla, szczeżuja, wspólniczka, tamale, tottita, mimi w Miami, pierozek w Filadelfii i szmenda w Bronksie. Martwię się o pochwy.

Staram się teraz przypomnieć sobie, jak trafiłam na tę książkę, skąd się o niej dowiedziałam. Nie pamiętam, ale to w sumie nieważne. Przeczytałam, po polsku i po angielsku, bo wolę czytać w oryginale. To był pierwszy, ważny krok. Obejrzałam film. Znów zaczęłam nazywać, nazywać siebie, smakować słowa, obracać je w głowie, aż czułam, że pasują. To było dla mnie naprawdę ważne. Zaczęłam nazwać to miejsce tak, jak chciałam, tak jak mi odpowiadało. Zaczęłam myśleć i mówić o tym, co sprawia mi przyjemność. Uczyniłam to miejsce ważną częścią mnie. Udało mi się zintegrować moją cielesność, choć nie było to jeden dzień, a proces, który wciąż się dzieje.

To było kilka lat temu. Zaczęła się moja wspaniała podróż w kierunku głębokiego odkrywania swojej cielesności, seksualności, kobiecości. Zaczęły się warsztaty, odpowiednie książki same wpadały w ręce, odpowiednie, cudowne kobiety pojawiły się na mojej drodze.  Zaprzyjaźniam się z swoim ciałem, ze swoją seksualnością. Odkrywam poczucie pełni. Jestem wspaniałą Kobietą.

Polecam. Eve Ensler. „Monologi waginy”. Książka i film, które rozpoczęły moją wspaniałą, niekończącą się, pasjonującą podróż ku kompletności.

 

Cytowane fragmenty pochodzą z książki Eve Ensler „Monologi Waginy”.

Zdjęcie okładki książki pochodzi ze strony empik.com

Zdjęcie Eve Ensler pochodzi ze strony feather-magazine.com