Musisz cierpieć, żeby być piękną

Miałam może osiem lat kiedy pierwszy raz usłyszałam, „musisz cierpieć, żeby być piękną”. Potem usłyszałam to jeszcze nie raz. Może nie wprost, ale gdzieś podskórnie czułam, że taki jest jeden ze społecznych przekazów na temat kobiecego wyglądu.

Kobieto, musisz być piękna, perfekcyjna, idealna. Gładka, przyklepana, jędrna, wygłaskana. Nawet za cenę cierpienia, a w najlepszym wypadku niewygody. 

Dziś ten temat do mnie wrócił, gdy obejrzałam artystyczny projekt Leanie van der Vyver. Kobieta w butach na gigantycznym obcasie z przodu. Gigantycznym obcasie, który umożliwia modelce poruszanie się jedynie drobnymi , posuwistymi kroczkami, na ugiętych nogach i z wypiętym tyłkiem.  Przerażająco-fascynujący widok, idealne narzędzie tortur.  Tak, wiem, to tylko sztuka, albo jak twierdzą niektórzy, gratka dla fetyszystów, przecież nikt tak na ulicę nie wyjdzie… Ale to jest właśnie to. Manifest. Symbol. Artystyczna eksploracja granic perfekcji, poświęcenia dla wyglądu i tego, co otwiera się poza granicami; tego, co tam jeszcze czeka. Pytanie, na co gotowe są zgodzić się kobiety, byle być piękne. Bo przecież to oczywiste, że musisz trochę pocierpieć, żeby być piękną.

(zdjęcie pochodzi ze strony thelook.today.com)

NO PAIN, NO GAIN?

Zaczęłam badać temat, badać siebie. Jak głęboko siedzi we mnie przekonanie, że warto cierpieć, że odrobina bólu jest niewielką ceną za piękny wygląd? 

Okazało się, że bardzo głęboko. Codziennie wybieram odrobinę cierpienia dla piękna.

Na co dzień nie noszę butów na obcasie. W ramach świadomego protestu przeciwko terrorowi cierpienia dla piękna. Wydaje mi się to takie wyzwolone. Ale przecież na wesele przyjaciółki muszę założyć szpilki. No bo jak inaczej. To nic, że po dwóch godzinach nogi będą bolały mnie tak, że będę miała ochotę je sobie odrąbać. Przynajmniej będę wyglądać jak milion dolarów. Bo absolutnie nie przeczę, że kobieta w szpilkach wygląda – według mnie – o niebo lepiej od tej w balerinach. Wszystko jest kwestią ceny i gotowości do poświęceń. 

Baleriny. Mam takie jedne, piękne, czerwone. Świetnie pasują do rurek. Wyglądam wtedy jak marzenie, świeżo i dziewczęco. No dobra, te baleriny są na mnie trochę za małe, ale to była ostatnia para. Po 6 godzinach w pracy czuję się jak zła siostra Kopciuszka w za małych pantofelkach. Albo jak ta Mała Syrenka, która zamieniła rybi ogon na nogi i zapłaciła za to bólem przy każdym kroku. Piękny bajkowy przekaz dla małych dziewczynek, prawda? Cierp i bądź piękna. 

Noszę rozpuszczone włosy, choć włażą mi do oczu i ust, ale przecież wyglądam wtedy świetnie. Za to nie noszę czapki, bo psuje fryzurę. Ciężar wielkiej, wyładowanej torby niemal przewraca mnie na jedną stronę, ale przecież plecak jest tak koszmarnie niekobiecy.

I tak dalej, i tak dalej. Odkryłam czubek lodowej góry.

Tak trudno mi o łagodność dla swojego ciała. Jak mogę mówić o automiłości, o samoakceptacji siebie, skoro nie potrafię być dla siebie nawet łagodne. Wciskam się w za małe buty, albo w spodnie rurki. Wyskubuję sobie brwi, bo przecież krzaczaste są niekobiece. Depiluję nogi, pachy i okolice bikini. Pamiętaj, plasterek zrywaj szybkim ruchem na 1-2-3. Nieziemski ból trwa tylko chwilę, potem już jesteś wszędzie gładka i piękna. Co chwila coś sobie ujędrniam, pilinguję, zeskrobuję, wyrywam. Po to, by „czuć się pięknie i kobieco”.

Bo przecież warto trochę pocierpieć, żeby być piękną. Przecież to normalne. Normalne???? Może właśnie dlatego, kiedy stawiam przede wszystkim na wygodę i komfort, czuję satysfakcję pomieszaną z wyrzutami sumienia. Czuję się, jakbym popełniała grzech ciężki, łamała silne niepisane tabu. I czasem to robię, z dziką radością i z premedytacją. Noszę aseksualne, genialnie wygodne buty Emu. Nie depiluję nóg jak mi się nie chce. Wychodzę z przetłuszczonymi włosami. Nie robię makijażu.

I nadal chcę być wtedy kobieca. Chcę czuć się kobieco, nawet wtedy, kiedy nie mam ochoty cierpieć, żeby być piękną. Takie małe grzeszki, zanim kolejnego dnia znów nastawię budzik 20 minut wcześniej, żeby zdążyć zrobić perfekcyjny makijaż.