Nasz leśny poród.

Zbliżał się ten Święty Dzień, a my wciąż nie mieliśmy domu. Mogliśmy oczywiście (ostatecznie) rodzić w domu mamy, ale za ścianą mieszkała babcia, do nas mógł przyjść niespodziewanie mój brat, poza tym mama prowadziła w domu lekcje.. a poród może się przecież zacząć kiedykolwiek.
Byłam przekonana, że trzeba nam być zupełnie samym: tylko ja, mój mąż, i nasza przestrzeń.
Poszukiwania domu trwały praktycznie od początku ciąży do jej zakończenia. Mieliśmy wybudować chatę z gliny, ale zabrakło wtedy pieniędzy. Lintu trochę jeszcze popracował i odwiedzał mnie i Brzuszek, a po pewnym czasie wrócił już na stałe i na początku piątego miesiąca ciąży pojechaliśmy razem do Hiszpanii, żeby tam szukać domu.. Domu, w którym będziemy rodzić, no i mieszkać.
Historia jest długa, ale skracając, można to ująć tak: było pięknie, choć nie znaleźliśmy nic odpowiedniego, a ja doszłam do wniosku, że muszę mieszkać tam, gdzie rosną dęby, brzozy i gdzie w niektóre dni pada deszcz.
Po powrocie do Warszawy, szukaliśmy jeszcze trochę po Polsce.
Ostatnia podróż (z Torunia do Warszawy) tak mnie zmęczyła, że wiedziałam, że to już ostatnia, że więcej nie mogę jeździć, nie mogę siedzieć, nie mogę w ogóle wychodzić z mojego gniazda. Ale gniazda nie było…
Zjechaliśmy z trasy, żeby wykąpać się w jeziorze. Wielki goły i wesoły brzuch! Czułam się piękna, soczysta i zupełnie dojrzała. Wiedziałam, że to już bardzo blisko, już zaraz..
Lintu położył tylne siedzenia w naszym busie, ustawił pudła z manatkami i wyścielił to wszystko kołdrami i poduszkami, żebym resztę podróży mogła przeleżeć (na lewym boku ;). Pojechaliśmy dalej, i wtedy Lintu zaproponował: pojedźmy do Sikor, do domku babci.
Sama myślałam o tym wcześniej i wahałam się.. Nikt tam nie mieszkał od lat. W domu było nieposprzątane i pachniało – jak my to mówimy – „działką”, czyli po prostu wilgotnym drewnem (a może i grzybem?). A dom był kiedyś piękny… kołysał mnie w dzieciństwie. Tam przeżyłam swoje pierwsze burze bez światła i o świecy, tam pisałam pierwsze opowiadania, chodziłam nad rzekę rozmawiać z Bogiem i robiłam całą masę innych, miłych rzeczy. Działka należała w mojej głowie właśnie do dzieciństwa i była rozdziałem zamkniętym, a jednak – zgodziłam się.
Wróciliśmy do Warszawy, do domu mojej mamy i poszliśmy spać bez rozpakowywania samochodu. Nazajutrz rano miałam chwile zwątpienia.. Czy ja tam naprawdę mogę teraz jechać? Nie zniosę tamtejszego brudu. Będę musiała troszkę posprzątać, a ja przecież nie mogę teraz sprzątać. Jestem w dziewiątym miesiącu ciąży! Prawie w dziesiątym. Czułam, że ktoś zaraz naciśnie ten czerwony guzik, czułam parcie na miednicę, poruszałam się bardzo powoli.. Poszłam do sypialni mamy, zaczęłam ścielić łóżko i wynosić niektóre rzeczy (wcześniej uzgodniłyśmy, że jeśli rodzić u Niej w domu, to właśnie w tym pokoju, gdyż jest najprzytulniejszy).
Teraz widzę siebie z tamtego dnia jako bezdomną, brzemienną kotkę. Nie ma dogodnego miejsca? Nie ma się gdzie schować? To robimy gniazdko pod schodami. Wszystko jedno gdzie, byle było zacisznie i byle już już już położyć się i urodzić.
 I wtedy przyszedł Lintu… i przekonał mnie raz jeszcze do Leśnego Domku.
Będziemy sami. Przecież o to właśnie chodziło. Nie tylko bez lekarza, położnej czy douli, ale też bez członków rodziny, którzy w momencie paniki (albo czegoś) mogą zadzwonić po karetkę.
Decyzję o porodzie Tylko We Dwoje podjęliśmy wspólnie około drugiego miesiąca ciąży. Wcześniej myślałam o douli i szkole rodzenia, ale im bardziej wsłuchiwałam się w siebie, tym bardziej wiedziałam, że poród jest mój własny i intymny, i potrzebuję żeby taki był. Miałam przekonanie, że wszystko będzie dobrze i po prostu urodzę, bo jestem kobietą, a kobiety rodzą od zarania dziejów – tak jest w Naturze. To wszystko było mocno intuicyjne. Nie miałam planu B. Jednocześnie zostawiłam drzwi otwarte na szpital i pomoc, w razie gdyby coś było naprawdę alarmujące – preferuję postawę wolną od dogmatu, szczególnie, kiedy rzecz dotyczy czegoś Dużego.
Podczas trwania ciąży do lekarza poszłam tylko trzy razy, w tym na test w kierunku cukrzycy, bo byłam ciekawa jaki mam poziom cukru. Byłam zdrowa jak ryba, odżywiałam się lepiej niż kiedykolwiek, i im dalej w ciąży, tym bardziej świadomie i pewnie wypowiadałam się (lub myślałam) o moim porodzie.
A więc do lasu…
Przyjechaliśmy około południa i – każdy w swoim zakresie – zaczęliśmy ogarniać parter domku. Lintu wynosił niepotrzebne krzesła i wersalki, ja ścierałam kurze, zbierałam świeczki i zgarniałam naczynia w jedno miejsce. W kilka godzin uporaliśmy się z przestrzenią na tyle, że wyglądała nawet zapraszająco. Góry nie ruszaliśmy – zrobiliśmy z niej składzik. Około 17:00 podjechaliśmy 10km żeby obejrzeć jeszcze jeden domek do wynajęcia, ale od razu zdecydowaliśmy, że go nie wynajmiemy bo okazało się, że na tej samej posesji mieszkał gospodarz. Patrzyliśmy na domek przez szybę, nawet nie wysiedliśmy z samochodu…
Wtedy zaczęły się skurcze. Na początku nie wiedziałam, że to właśnie one, ale po prostu fizycznie nie mogłam już siedzieć na siedzeniu samochodu. Zaczęłam podciągać się na dłoniach, przytrzymywałam oparcie fotela i uchwyt nad głową, wszystko, byle tylko nie siadać – to było nie do zniesienia. Lintu zatrzymał się przy sklepie i wyskoczył szybko po owoce „na jutro”. Wrócił z pękatą torbą, a ja powiedziałam, że teraz to już prujemy do przodu bo ja… rodzę!
Kiedy dojechaliśmy do Domku, skurcze zmieniły się, były dłuże (silne), w mniejszych odstępach czasu.. Czytałam o tym..czytałam” jak długie” i „co ile minut”, i próbowałam jeszcze raz przytaczać na głos te notatki dla siebie i dla Lintu, ale słowa już nie miały znaczenia.. ani minuty, ani moje przeczytane informacje. Czułam, że wchodzę w inny wymiar i że w ogóle nie liczy się teraz co pamiętam lub o czym zapomniałam, bo Dzieje Się i jest czysto intuicyjnie…
Lintu wyniósł jeszcze kilka rzeczy z sypialni, przetarł szybko podłogę na mokro, rozłożył na niej kołdrę, zapalił kilka świeczek dookoła, otworzył okno i poszedł się przebrać w czyste ubranie.
Musiałam stać. Stałam oparta dłońmi o parapet, albo o krzesło (a krzesło wsparte o ścianę), albo o ramiona Lintu, i krzyczaaaałaaaam! aż się cały Las trząsł. Każdy skurcz „party” to mój długi i niesamowicie uwalniający krzyk. Przez okno widziałam księżyc, jego dokładną połówkę pomiędzy sosnami. Choć pamiętam to bardziej jako pełnię. W którymś momencie krzyknęłam z całych sił „otwieraaaam sięęęęę!!” Chciałam, żeby Ona we mnie, i żeby wszystko dookoła wiedziało.. że mówię temu Dziecku TAK, że chcę żeby przyszło, że jestem gotowa i witam z otwartym sercem. „Otwieram się” znaczyło TAK, chcę być matką,  TAK, chcę urodzić, TAK, przyjdź, TAK! TERAZ, wszystko TAK! i również znaczyło „poddaję się”.
Dzisiaj rozumiem, że moje „otwieram się”, to także „umieram, odchodzę, przychodzę, rodzę się na nowo”. To był największy moment pokory w moim życiu.
.. moje kości się rozszerzyły, czułam to dokładnie. Oddech… Lintu przypominał mi, żebym oddychała. Był to oddech zwyczajny, taki, na jaki akurat było mnie stać, czasem pogłębiony, podobny do tego, którego używam, żeby się uspokoić, czasem wydychałam mocniej przez usta. Robiłam miny, śmiałam się, trochę kołysałam biodrami, ale głównie wyglądałam przez okno, albo leżałam na boku na łóżku (między skurczami). Kiedy zrobiło mi się gorąco- prosiłam Lintu, żeby otworzył okno, rozbierałam się. Kiedy zrobiło się zimno – prosiłam, żeby zamknął okno i nakrył mnie swetrem. Gorąco, zmino, gorąco, zimno.. W pewnym momencie te zmiany zaczęły następować po sobie bardzo szybko i trochę się przestraszyłam. Czułam, że słabnę. Oddychałam, ale trochę kręciło mi się w głowie. A co jeśli ja dzisiaj umrę? Widziałam Lintu, widziałam, że się do mnie uśmiecha, gładzi mnie po twarzy, po włosach.. ale też nie widziałam go, czułam, że jestem z tym rodzeniem sama i że jestem jakby Gdzieś Indziej. Byłam po prostu w Krainie Rodzenia – on nie mógł tam być, ale zaglądał przez niewidzialną ścianę i dalej mnie kochał. Podczas porodu byłam świadoma tego, jak go (poród) widzę, choć jednocześnie szybowałam gdzieś w chmurze, gdzie tylko ja mogłam być i byłam tam całkiem sama. Lintu przykładał mi kompresy z ciepłej wody – tydzień wcześniej kupiliśmy kilka małych ręczników. Ależ to pomagało!
Poprosiłam też o sok, który sobie przygotowałam. Świeży sok z ananasa ze szklanej butelki (kupiony, ale taki co trzeba od razu wypić) – okazał się ochydny. Nie mogłam wypić. Zamiast tego napiłam się wody.
Były takie trzy skurcze, że byłam pewna, że zaraz poczuję główkę… i poczułam coś, ale to coś było miękkie.. Lintu sprawdził i powiedział, że jest trochę białawe, wygląda jak jakiś pęcherz wypełniony płynem. Znów się przestraszyłam. Czy to może być łożysko? Najpierw dziecko, później łożysko.. najpierw dziecko.. Poprosiłam, żeby przyłożył jeszcze jeden kompres. Pod dotykiem ciepłego ręcznika pęcherz cofnął się, jakby wchłoną z powrotem we mnie i zaraz nadszedł kolejny skurcz. Tym razem to była główka! Popłakałam się z radości i zawołałam Lintu, żeby dotknął i zobaczył.
Maleństwo wydostało się ze mnie z jednym, może dwoma kolejnymi skurczami. Piszę „skurcze”, bo chcę zaznaczyć, że ani razu nie parłam. Za każdym razem, kiedy nadchodziła ta silna fala, czułam jakby ziemia wysysała ze mnie dziecko..  Grawitacja, i już. Nie musiałam przeć – tylko się rozluźniałam, otwierałam, poddawałam. Z resztą, nie miałabym nawet siły napiąć mięśni i „popychać” dziecka. Czułam się u kresu wytrzymałości, i jedyne co mogłam to pokorne godzić się i pozwolić sobie na bycie tam, gdzie akurat byłam. Woda wyszła ze mnie tuż przed dzieckiem, wcześniej leciała tylko krew.
Maleństwo wyśliznęło się wprost w ręce mojego męża. Moje ręce były wsparte o .. w sumie nawet nie pamiętam o co! :) Stałam i podpierałam się.. Musiałam stać – każda inna pozycja była niewygodna.
Poród trwał około czterech godzin, może 3,5. Mniej więcej o 22:30 Saule była już na poza mną, ale żadne z nas nawet nie pomyślało, żeby w chwili narodzin spojrzeć na zegarek ;)
Lintu powiedział, że mamy dziewczynkę.
Trzeba ją szybciutko do mnie na brzuch. Pomógł mi położyć się na drugiej, suchej kołdrze, na łóżku i położył Maleńką na moim brzuchu. Minęło blisko 40 minut zanim wyczuła i chwyciła ustami sutek. Troszeczkę jej pomogłam na samym końcu. Ależ to było błogie.. najpiękniejsze co mnie w życiu spotkało! Ta jej maluśka postać ssąca moją pierś, a przecież jeszcze kilka minut temu była we mnie…
Łożysko nie odcinaliśmy. Zostało z nami do popołudnia następnego dnia. Na noc włożyliśmy je do wysterylizowanego garnka i przykryliśmy ręcznikiem. Spało z nami pod kołdrą. Początkowo chcieliśmy trzymać je dłużej, ale było z tym trochę niewygodnie, więc wczesnym popołudniem Lintu wziął wcześniej przygotowany do tego nożyk, i odciął pępowinę w odległości kilku centymetrów od pępuszka. Cała krew już z niej spłynęła, nic się nie sączyło. Nie wiązaliśmy na niej też żadnych supełków i niczym nie zabezpieczaliśmy. Pięć dni później sama odpadła i został śliczny, czysty pępęk.
Łożysko zakopaliśmy w korzeniach, pod pięknym, starym dębem, na Łąkach, nieopodal Domku. Poszliśmy tam we trójkę przed zachodem słońca. Było pięknie i spokojnie, chociaż gryzły komary (Pod dębem komarów nie było…) Wtedy też nadaliśmy naszej córce imię: Saule – znaczy Słońce :)
*
Do porodu przygotowaliśmy bawełnianą kołdrę, powleczoną w białą pościel na której kiedyś namalowałam dużą, szkarłatną spiralę; grubą folię na wymiar kołdry (nie użyliśmy jej – kołdra się po niej ślizgała i uznaliśmy, że to nie będzie komfortowe). Mieliśmy świeczki tea-lights, ręczniki i kartkę z notatkami, na której przykleiłam zdjęcia z pozycjami jogi, które mogłyby przynieść mi ulgę na różnych etapach porodu (przeglądałam ją w trakcie parę razy, ale nic nie „rezonowało”, więc zamiast patrzeć na możliwe opcje, zamykałam oczy i patrzyłam w głąb, pozostając w pozycji stojącej pochylonej)
Miałam dwa naddarcia, jedno malutkie, drugie większe, ale nie poszłam z nimi do lekarza, tylko w aptece kupiłam żel z miąższu aloesowego (chyba 96% aloesu tam było), po każdym siusianiu myłam się i po osuszeniu smarowałam grubą warstwę żelu. Po miesiącu po naddarciach nie było śladu – nawet mój ginekolog nie stwierdził żadnych „pęknięć”, a ja wiem przecież, że były ;)
Po porodzie bardzo dbałam o swoje ciało, przede wszystkim o brzuch. Był taki wiotki i delikatny! Smarowałam go oliwą z oliwek po kąpieli i masowałam delikatnie. Świątynia, w której mieszkało moje Dziecko..
W trakcie ciąży czytałam trochę i o ciąży i porodzie, dbając jednocześnie o to, by wpuszczać tylko historie pozytywne i takie, które wspierają mój wewnętrzny głos.
Znalazłam kilka tekstów, które bardzo mnie wzmocniły, a szczególnie Opis porodów naturalnych Jinjee Talifero i pierwsze parę rozdziałów z książki „Primal Mothering in a Modern World” Hygei Halfmoon Ph.D.
Wiem, że jeśli będziemy mieć kolejne dziecko, będzie to też poród naturalny, i Saule będzie przy nim, jeśli będzie tego chciała. Wierzę, że jest to najwłaściwszy sposób rodzenia, gdyż zachowana zostaje intymność rodziny, a subtelny bąbelek wokółnoworodkowy ma dogodne warunki, żeby pomału oswoić się ze światem. No i to, że od razu mogłam się położyć na własnym materacu i zasnąć z dzieckiem wtulonym we mnie i mężem tulącym nas oboje. Jest w tym ogromna moc!
Długo zbierałam się z napisaniem tego tekstu, może dlatego, że jest on dość angażujący emocjonalnie. Poza tym chciałam, żeby było ładnie i składnie. W końcu piszę ot tak, po prostu, życząc wszystkim Mamom, w szczególności tym, które jeszcze nie urodziły, żeby słuchały siebie, i były wierne swojej intuicji, a także dawały sobie wszystko to, czego w danym momencie im potrzeba.
Poczujcie pełnię swojej magii i mocy sprawczej! Kocham Was