Na różnych warsztatach, szkoleniach, kobiecych spotkaniach bywałam i bywam. I różne kobiety tam bywają.

Niektóre takie, które przeszły ogromną przemianę wewnętrzną, odnalazły swoje pasje, realizują się w życiu i żyją Pożytecznie, Spokojnie, w Spełnieniu i Szczęściu i dalej sobie idą spokojnie swoją drogą. Obcowanie z Nimi jest wielką nagrodą i wspaniałą inspiracją.

Inne kobiety czują, że są dopiero na początku swojej drogi, rozwijania siebie, zmiany – jak zwał tak zwał. Patrzą na to, co jest: niskie poczucie własnej wartości, lęk, depresja, brak pewności siebie, niemoc, brak poczucia celu, nieszczęście, uwikłanie w relacje, brak asertywności, nieumiejętność stawiania granic, nienawiść do siebie i świata, poczucie niesprawiedliwości, brak nadziei. Gdzieś tam daleko, bardzo daleko świeci im jasny punkcik – wiedzą, jak chcą, by było. Chcą być szczęśliwe, jak każdy. I jednocześnie nie mają pojęcia od czego zacząć tę swoją drogę. A kiedy daję od siebie podpowiedź na jakiś mały, pierwszy kroczek, patrzą na mnie zdziwione jakby mówiły: daj spokój, to nie może być takie proste. Daj mi jakieś konkrety.

Ale to jest takie proste. Rozwój osobisty i szukanie swojego szczęścia to nie jest krew, pot i łzy, to nie jest droga przez mękę, to nie jest siedzenie i czekanie aż spłynie na ciebie oświecenie. To są drobne, malutkie, codzienne zmiany, które  – wybaczcie tę oklepaną, wytartą metaforę – są jak te krople drążące skałę.

To mówienie sobie codziennie rano „Dzień dobry, kocham cię, a dzisiejszy dzień przyniesie coś wspaniałego. Chcę przeżyć ten dzień jak najpełniej”.

To mówienie sobie wieczorem „Dziękuję za ten dzień, a w szczególności za 20 rzeczy: …”

To uśmiechanie się do 10 osób, które dziś miniesz na ulicy.

To zamknięcie oczu na 5 minut i słuchanie wszystkich dźwięków, które cię otaczają, oddychając przy tym spokojnie.

To robienie ulubionej herbaty, a potem picie jej, nie robiąc w tym czasie nic innego.

To uśmiechanie się do siebie za każdym razem, gdy przechodzi się obok lustra.

To nauka mówienia na nowo.

Dla mnie właśnie jednym z pierwszych malutkich kroczków była nauka mówienia, bo mocno wierzę, że język tworzy naszą rzeczywistość – czy to język używany w rozmowach z innymi, czy ten w dialogu wewnętrznym.

„Uważaj na swoje myśli, stają się słowami…
Uważaj na swoje słowa, stają się czynami…
Uważaj na swoje czyny, stają się nawykami…
Uważaj na swoje nawyki, stają się charakterem…
Uważaj na swój charakter, on staje się Twoim przeznaczeniem.”

musze

Mnie było trudno zapanować nad myślami. Znacznie łatwiejsze do okiełznania okazały się słowa. Zaczęłam się im przyglądać, a raczej przysłuchiwać. Stałam się wyczulona na niektóre słowa: muszę, powinnam, trzeba, należy, a także epitety wobec siebie: jak mogłam być taka głupia / nieodpowiedzialna / leniwa / naiwna, jestem małym debilkiem, co za idiotka ze mnie! Nawet, jeśli te słowa są rzucone w formie żartu, powiedziane z dobrotliwym uśmiechem. Idą do kosza.

Na pierwszy ogień poszły u mnie słowa: muszę, powinnam. To największe kłamstwa. Nic nie muszę, nic nie powinnam. Na takim stoję obecnie stanowisku i nikomu nie udało się mnie przekonać, że jest inaczej. Nic nie muszę. Mogę co najwyżej: chcieć, zadecydować, wybrać, podjąć decyzję, podjąć działanie, potrzebować.

Działanie było bardzo proste. Za każdym razem, gdy usłyszałam w swoich ustach słowo „muszę”, robiłam krok w tył i zamieniałam je.

 

Muszę pozmywać.

Wybieram, że pozmywam. Podejmuję decyzję, że pozmywam. Albo po prostu: teraz pozmywam. Bo lubię, gdy w kuchni jest porządek.

 

Muszę zmienić pracę.

Chcę zmienić pracę. Potrzebuję tego. JA decyduję, że zmieniam pracę.

 

Muszę wstać.

Wstaję. Albo: za pięć minut wstanę, bo to ważne dla mnie, żeby się nie spóźnić (zamiast: muszę być na czas).

 

Nie będę mnożyć przykładów sto milionów. Bo to naprawdę jest proste. Od dziś nie ma w twoim słowniku: muszę, powinnam, trzeba. Jest: robię, decyduję się, wybieram, działam, chcę.

wybieram

 

Dlaczego to ważne? Co ma niby dać zmiana jednego słowa na inne? Przecież nawet jeśli mówię „wybieram”, to w środku i tak czuję, że muszę.

Po pierwsze dlatego, że „muszę” implikuje jakąś siłę, która tobą steruje. Każe ci coś zrobić. Muszę – czyli coś mnie zmusza: okoliczności, ludzie, zły świat. Muszę – czyli kompletnie nie mam władzy nad sobą i swoim życiem. A to już przerażająca wizja. Muszę – czyli jestem bezwolna. Bez-wolna. Bez własnej woli.

Chcę / wybieram /decyduję / robię (w zależności od tego, jaki jest kontekst i jaka siła słowa mi jest potrzebna) oddaje mi MOC. Działanie jest po mojej stronie. JA steruję swoim życiem. JA mam na nie wpływ. To jest kolosalna zmiana w myśleniu. A zmiana w wysławianiu się przyniesie za sobą zmianę w myśleniu i zmianę w działaniu. To wszystko jest powiązane: myśli, słowa, uczucia, działanie. Zmiana jednego elementu pociągnie zmiany na innych polach. A w moim przekonaniu łatwo jest kontrolować słowa i je zmieniać.

To naprawdę jest aż TAK PROSTE. I naprawdę można to zrobić od dziś. I nic nie kosztuje. I procentuje.

A i tak znajdą się ludzie, którzy powiedzą: daj spokój, to nie może być takie łatwe. Daj mi jakieś konkrety.