Nie wymagaj od psa, żeby nie był psem

Bardzo lubię psy. Bardzo. A psy bardzo lubią mnie. Moi rodzice wzięli kiedyś psa od myśliwego, bo pies się… hm… popsuł. Przestał być psem myśliwskim. Wpadł w depresję po pewnym incydencie. Otóż jego kolega, inny pies tego samego myśliwego, zmarł w lesie. Nie wiem czy wiecie, ale psy, jeśli mogą, mają taką możliwość, to – gdy czują że zbliża się koniec ich życia – idą gdzieś umrzeć w samotności. Mój tata kiedyś szukał naszego Miśka przez miesiąc po lasach. Wiedział, że Misiek poszedł umrzeć. Misiek był już bardzo stary, wytresował nam kolejnego psa (kiedy i na kogo szczekać, gdzie sikać itp) i po prosu pewnego dnia zniknął. Tata go nie znalazł.

Anyway, ten nasz „popsuty” pies, wzięty od myśliwego po incydencie, poszedł do lasu za swoim starym kolegą i ciągnął go za kark do ich wspólnej budy, prawdopodobnie przez wiele wiele kilometrów. Nie było go ponad dobę.

Gdy już go zaciągnął do domu, to usiadł i osowiał. Przestał się interesować jedzeniem i na pewno nie nadawał się na polowania, więc rodzice go wzięli. Myślę, że inaczej myśliwy by go zastrzelił.

To nie był nasz pierwszy „niepełnowartościowy” pies. Mieliśmy już wcześniej suczkę, Korę, która miała niepełnosprawność w oczku i krzywo biegała. Jak zaczynała w lewym rogu podwórka to kończyła w prawym i nigdy nie mogła znaleźć rzuconego patyka czy piłeczki. Przez to , ze krzywo widziała i krzywo biegała, to czasem wpadała na tatę i parę razy go nawet przewróciła. Tata się nie śmiał z tego, tak jak Wy teraz. Przeklinał :) Poza tym Kora pierwsze miesiące życia spędziła w małym mieszkanku i nie była regularnie wyprowadzana na dwór, więc miała lek przestrzeni. Rodzice ją wzięli z ogłoszenia w gazecie, tata po nią prawie sto kilometrów jechał.

Wracając do psa myśliwego…

Pamiętam jego pierwszy miesiąc u nas – siedział w najdalszym kącie na patio. Pod ławką. Mama mu podsuwała smakołyki i gadała do niego i gadała i gadała. Tłumaczyła mu że ma jeść. No to w końcu wychylił nosa i trochę zjadł. Chodził powoli po podwórku ale wracał przez 3 miesiące pod tę ławkę.

W mniemaniu mojego taty nic nie robił z tych rzeczy co pies powinien robić. Nie biegał przy furtce i nie szczekał na obcych. Więc nazywaliśmy go Nygus, choć na pewno wcześniej miał na imię inaczej.

Myśliwy czasem u nas bywał i wciskał kit, że ten pies się już do niczego nie nadaje. Że jest krnąbrny i ucieka w lesie. Że „nie słucha pana”.

Po kilku miesiącach Nygus odżył. Zabierałam go do lasu na lince, bo bałam się że ucieknie. Czułam że tej linki nie lubi, ale bałam się go odpiąć, bo las był po drugiej stronie od bardzo ruchliwej drogi względem naszego domu (na tej drodze, nota bene, zginęła nasza Kora). Ale postanowiłam, że go nauczę wracać do mnie. Jak? No jedzeniem. Tata kupił worek psich smakołyków i wołałam do Nygusa „Nygus wracaj do mnie” a jak wracał (tak, na lince!) to dawałam mu psie ciasteczko. Na którymś spacerze, z drżącym sercem, odpięłam Nygusowi linkę i…  o kurdę… dobrze że byłam na spacerze rowerowym :)

Nygus biegał i węszył, były momenty że traciłam go z oczu na bardzo długo ale wracał. I dostawał smakołyk. Uciekał, ale wracał. Raz już byłam prawie pewna, ze nie wróci, bo – stupid me – puściłam go z linki w miejscu o którym wszyscy wiedzą, że jest terenem dzików. Ale wrócił. Zaczął mi też wystawiać zwierzynę. To wyglądało tak, że biegliśmy (albo ja jechałam rowerem) a on się w pewnej chwili zatrzymywał i nieruchomiał. Patrzył na mnie, a potem gdzieś w dal, potem znowu na mnie i znowu w dal, potem znowu na mnie – już z pretensją w oczach, które mówiły „no kaman, wyciągaj strzelbę!” i ja wtedy w końcu w tej dali dostrzegałam stado saren albo innego zwierza. Po jakimś czasie zrozumiał, że strzelania nie będzie.

Często słyszałam o Nygusie, że jest taki, śmaki czy owaki. Że nie pilnuje domu, że wyje do księżyca albo wtedy gdy nikogo nie ma w domu. Gdy rodzice wyjechali na dwa miesiące i on wtedy wył całe dnie i noce to sypiałam z nim na patio. Dosłownie – ja na hamaku a on pod swoją ławką. Gdy wrócili, to on się nie ucieszył w pierwszej chwili tylko podszedł do nich ostrożnie i nieufnie, jakby zobaczył duchy. Myślę, że on uważał, że oni umarli i dlatego tak wył. Opłakał ich. Więc jak się zorientował, że żyją to oszalał z radości!

Co ja tu próbuję powiedzieć. Chyba to, że Nygus to nietypowy pies. Taki trochę jak kot, co chodzi własnymi drogami i za nic na świecie nie można go było namówić ani zmusić do czegoś czego nie chciał robić. Nie chciał być udomowionym psem. Czułam przy nim tak bardzo, że zapomnieliśmy kim są psy. Traktujemy je jak przedłużenie nas samych. Kochamy gdy spełniają nasze wyobrażenia o psie (jakiekolwiek by one nie były) i czujemy się oszukani gdy nie robią tego co psy robić powinny. I tresujemy.

Czyli mamy pretensje do psa, że jest psem. Wolną, oddzielną, czującą, żywą istotą.

Gdy podbiega do mnie obcy pies (co – uwierzcie – zdarza mi się nader często) to ja go głaskam, tarmoszę i gadam do niego, ale zaraz nadciąga właściciel i mnie przeprasza a psa odciąga i przeprasza znowu, że pies taki nieposłuchany. Jest mi wtedy smutno :(

Jak widzę psa, to od razu go zaczepiam i często zachęcam żeby ze mną poszedł, haha. Moja Siostra mogłaby wam opowiedzieć kilka historii o tym jak trzeba mnie było powstrzymywać przed „porwaniami” psów. Raz jak jednego „przygarnęłam” w górach i szedł z nami cały dzień to miałam nawet wyrzuty sumienia, że nie trafi do domu (jeśli go miał). Gdy byłam w Nepalu ciągle dołączały do nas jakieś psy i szły czasem wiele godzin pomerdując ogonami na moje wywody w obcym (dla nich) języku. O te psy byłam akurat spokojna – widziałam jak w Nepalu dzieci idą po górach po 2 godziny do szkoły więc i te psy na pewno wiedziały gdzie są.

Prawie codziennie, gdy idę do pracy, mijam psa podobnego do Nygusa, tylko ładnie ostrzyżonego (nasz nie dał się tak obciąć, wiercił się i uciekał i dlatego chodził wiecznie wyzyndolony w trzy światy) i się do niego uśmiecham. I trochę też mi się serce ściska, bo tęsknię za Nygusem.

Nigdy Nygusa nie zapomnę. On żyje. Mieszka gdzieś w środku lasu z emerytowanym leśnikiem, który na niego podobno trochę narzeka, bo Nygus taki „nieposłuchany”. Robi co chce. Idzie w las na całe dnie. Taki był zawsze. Krnąbrny, wolny, nieposłuchany, niezależny, krzywo obcięty. Taki jest każdy pies w głębi swej psiej duszy. Pies to towarzysz, nie własność.

Nie wymagaj od psa, żeby nie był psem. Proszę :)