Nie raz i nie pięć pisałam na Kręgu o poczuciu własnej wartości. O tym niskim, które tak przeszkadza w odczuwaniu szczęścia. Które swoim cichym, wrednym głosem powtarza ci gdzieś w środku, że jesteś kompletnie do niczego, bo znowu coś ci się nie udało. Że inni, owszem, są coś warci, bo odnoszą w życiu różne sukcesy, ale nie ty, o nie. Ty kompletnie nie masz wartości.

Ostatnie tygodnie, a nawet miesiące, były poważnym wyzwaniem dla mojego poczucia własnej wartości. Jeszcze całkiem niedawno wydawało mi się, że co jak co, ale poczucie własnej wartości mam na całkiem niezłym poziomie. Akceptuję siebie i swoje ciało, lubię to, jaka jestem. Bardzo wiele osób tak myśli, i to są prawdziwe myśli.

A potem przychodzi jakiś krach. Jakieś wielkie bum, które odsłania prawdę.

W moim przypadku to była utrata pracy i problemy finansowe. Nagle okazało się – i dla mnie samej było to wielkim szokiem – że wcale nie jestem wartościowa. Że jestem zupełnie, zupełnie nikim, bo całe moje „poczucie wartości” było ulokowane tam, w pracy. Gdy pracowałam, czułam się kimś. Gdy przestałam pracować, zniknęłam. Zaczęło się niszczące porównywanie z innymi osobami, które oczywiście zawsze były lepsze ode mnie, bo miały pracę, miały pieniądze. Zaczęły się potwornie wyniszczające huśtawki nastrojów – szukam pracy, pracy nie ma – jestem beznadziejna. Wysyłam piętnaście CV, nikt nie odpowiada – jestem nikim. Ktoś oddzwania, idę na rozmowę o pracę – jestem wartościowa, bo ktoś mnie chce zatrudnić. Gdy jednak nie chce – jestem mniej ważna niż powietrze, którym oddycham. Długo się tak nie da funkcjonować we względnym zdrowiu psychicznym.

Zaczęłam się przyglądać ludziom, i zauważać, że wielu z nich lokuje swoje „poczucie wartości” poza sobą.

Mam pracę – jestem ważna. Nie mam – jestem nikim.

Mam partnera – jestem ważna. Zostaję sama – jestem nikim.

Mam dziecko – jestem ważna. Mam problemy z zajściem w ciążę – jestem nikim.

Mam pomysł na swoje życie – jestem ważna. Nie wiem, co chcę w życiu robić – jestem nikim.

Jestem atrakcyjna – jestem ważna. Tyję – i staję się nikim.

 

Całe to poczucie wartości stało się dla mnie jakimś przeklętym tworem a pisanie i mówienie o nim – zwykłym pieprzeniem. Byłam strasznie wymęczona, a piękne słówka o budowaniu poczucia własnej wartości stały się – no właśnie – niczym więcej, jak pięknymi słówkami.

A potem – jak to ze mną bywa – przeczytałam kilka słów, które rzuciły nowe światło na to wszystko. Na rozumienie sensu poczucia własnej wartości. Na odkrycie, czym naprawdę jest i skąd się bierze. Na wyjaśnienie, dlaczego myślałam, że je buduję u siebie, choć, jak się okazało, wcale go nie budowałam, bo wystarczył drobny podmuch, by się rozsypało.

Kiedy prawdziwym problemem większości ludzi jest BRAK POCZUCIA WŁASNEJ WARTOŚCI, oni skupiają się na budowaniu WIARY W SIEBIE.

Różnica między poczuciem własnej wartości a wiarą w siebie jest bardzo istotna. Nie ma nic złego w budowaniu czyjejś wiary w siebie, jeśli ten ktoś ma niskie poczucie własnej wartości. Ale (…) wzmacnianie wiary w siebie nie doprowadzi do zbudowania poczucia własnej wartości. TO JAK ZDOLNI SIĘ CZUJEMY NIE PODNOSI NASZEJ SAMOOCENY. Są to dwie odrębne rzeczy.

Ka-bum! Zaczęłam myśleć nad tym, co przeczytałam. Mam dużą wiarę w siebie, swoje możliwości, umiejętności i kompetencje. Wiem, że dużo potrafię, że mogę dużo osiągnąć. Wiem, jakie mam talenty… a i tak pojawiają mi się w głowie myśli „no i co z tego, że to potrafię”. Bo przecież może się nie udać, i co wtedy?

Poczucie własnej wartości to nie jest potrzeba bycia zdolnym, pięknym czy wartościowym w sensie posiadanych umiejętności, osiągnięć, sukcesów. Sukcesy nie budują poczucia własnej wartości, choć wzmacniają wiarę we własne siły. Poczucie własnej wartości to potrzeba bycia DOSTRZEŻONYM, ZAUWAŻONYM  i pokochanym tylko dlatego, że się jest. Wyrażanie miłości z racji samego istnienia drugiej osoby, a nie osiągania przez nią celów.

A to trudne. Trudno wyrazić miłość drugiej osobie tylko za to, że jest. I nawet jeśli teraz kręcisz głową z politowaniem, bo przecież okazujesz miłość mężowi, żonie czy dziecku „za to, że jest”, to pomyśl. Kochasz męża „jakby bardziej”, kiedy pozmywa naczynia albo przyniesie ci kwiatka. Kochasz dziecko „jakby bardziej”, kiedy dostajesz laurkę na Dzień Mamy, albo synek przynosi ci rysunek na którym jesteś ty i on w wielkim czerwonym sercu, albo piątkę z polskiego. Piszę „jakby bardziej” celowo w cudzysłowie. Bo przecież odczucie miłości do drugiej osoby jest cały czas, tylko okazywanie tej miłości się zmienia. Łatwiej pokazać nam, że kogoś kochamy, gdy ta druga osoba zrobi coś miłego, albo coś co napawa nas dumą.

I tak dzień po dniu buduje się w nas poczucie, ze na miłość i szacunek trzeba ZASŁUŻYĆ. Że trzeba ją zdobywać. Swoimi miłym gestem, pozmywanymi naczyniami, ugotowanym obiadem, rysunkiem. Swoją dobrą pracą.

Sama kiedyś lansowałam hasło „zasługuję na miłość”.

Bzdura. Nie zasługujesz na miłość, bo miłość to nie jest coś, na co trzeba sobie zasłużyć.

Przyznam szczerze, że jak piszę te słowa, to mózg dokonuje mentalnego fikołka. Jakby miał małe rączki i nóżki, to pewnie by się nimi zaparł z całej siły. Bo to są słowa niezwykle trudne do zaakceptowania i do uwierzenia. Zwłaszcza, jeśli całe życie budujesz swoją „wartość” na przekonaniu, że jesteś „wartościowa” gdy jesteś „kimś”.

 

Spróbuj przeczytać na głos poniższe zdania:

 

Jestem ważna, dlatego, że jestem.

Jestem ważna i wartościowa tylko dlatego, że jestem.

Nie muszę udowadniać swojej wartości, bo ona nie zależy od moich sukcesów i porażek.

Jestem ważna i wartościowa zawsze.  Dlatego, że jestem.

Jestem ważna i wartościowa kiedy odnoszę sukcesy i kiedy odnoszę porażki.

Jestem wartościowa kiedy wszystko mi wychodzi, i kiedy nic mi się nie udaje.  Moja wartość się wtedy nie zmienia.  Moja wartość pozostaje taka sama.

Jestem ważna zawsze. Jestem ważna i wartościowa niezależnie od tego czy inni odnoszą sukcesy, czy ponoszą porażki.  Ja jestem ważna.

Nie muszę sobie czymś szczególnym zasłużyć na miłość, przyjaźń i dobre traktowanie.

Jestem, więc można mnie kochać.  Nie muszę sobie na to zapracować swoim zachowaniem. Po prostu – jestem, więc można mnie kochać.

Na miłość nie muszę sobie zasłużyć.

Jestem, więc kocham, i ktoś mnie kocha. Nie trzeba na to zapracować.

Nie muszę pracować na swoją wartość, bo ona nie zależy od moich sukcesów i porażek.

***

 

Cytat w tekście pochodzi z książki Jespera Juula „Twoje kompetentne dziecko”