Dzień dobry, w Islandii jest 8:45; wstałam 3 godziny temu i powoli rozpoczynam dzień. We wczesnym wstawaniu lubię między innymi to, że jestem już na nogach od 3 godzin, a wciąż mam wrażenie, że dopiero rozpoczynam dzień. Powoli, niespiesznie, uważnie, z namaszczeniem, z oddechem. Nie tylko dlatego, że dziś sobota i mam mnóstwo wolnego czasu – w tygodniu również wstaję między 5.30 a 6 rano i mam ponad dwie godziny zanim wyjdę do pracy. Dwie godziny by wprawić się w cudowny nastrój, dwie godziny by przygotować ciało, umysł i duszę na cały dzień. Dwie bardzo ważne godziny (najpierw napisałam: najważniejsze, ale szybko użyłam Backspace – nie są najważniejsze, każda godzina jest najważniejsza ;) )

Chcę Wam opowiedzieć o mojej porannej rutynie, bo od czasu tego tekstu wygląda ona trochę inaczej.

Przede wszystkim – odkryłam i zrozumiałam, że nienawidzę się rano spieszyć. Przez większość mojego życia poranki były pełne stresu i pośpiechu, bo uwielbiałam się wysypiać. Jeszcze minutka, jeszcze pięć, jeszcze do wpół do… i kończyło się tak, że biegałam w amoku, zakładałam na siebie byle co, jedną ręką myłam zęby a drugą czesałam włosy, w pośpiechu pakowałam torebkę i wybiegałam (tak, często dosłownie wybiegałam) z domu, żeby zdążyć na autobus, po drodze zastanawiając się czy na pewno zamknęłam drzwi. Śniadanie? Kto normalny ma czas rano na śniadanie?

Nie chcę tak.    

Chcę, by moje poranki odzwierciedlały to, jakich dni pragnę. Chcę, by były dobrym wstępem do kolejnych godzin. Chcę, by dawały mi siłę, radość, energię na resztę dnia. Chcę, by były wyrazem mojej miłości do mnie samej.

A to, w moim przypadku, wymaga czasu. Dwóch – trzech godzin rano. Logicznym więc stało się dla mnie to, że chcę wstawać wcześniej. Napiszę Wam osobny tekst o tym, jak od „jeszcze minutka, jeszcze pięć” doszłam do wstawania przed 6, choć do pracy wychodzę o 8.20. Docelowo chciałabym wstawać około 5 rano, ale daję sobie czas na dojście do tego.

Pomyślałam, że po prostu wypunktuję Wam moją poranną rutynę. NIektóre z tych rzeczy robię zawsze, inne kilka razy w tygodniu. Każdy poranek z jednej strony zamknięty jest w ramy rutyny, a z drugiej strony wygląda inaczej, bo każdego dnia potrzeba mi czegoś innego – to chyba logiczne :)

 

1. Dobre słowa na początek

Jedna rzecz nie zmieniła się od lat. Pierwszą rzeczą tuż po przebudzeniu są słowa: Dzień dobry, kocham cię a to będzie dobry dzień w którym wydarzy się coś miłego. Po tylu latach te słowa stały się niemal automatem który załącza się w mojej głowie tuż po tym jak wyłączę budzik. Czasem też budzę się i wypowiadam słowa „dzień dobry, kocham cię, przepraszam, przebacz mi, dziękuję”, które są częścią ho’oponopono, hawajskiej praktyki uzdrawiania (napiszę Wam kiedyś więcej o ho’oponopono i Was też zapraszam do dzielenia się, jeśli praktykujecie tę metodę).

Wierzę, że to jest ważne. Pierwsze myśli rano są ważne. Pierwsze słowa rano są ważne. Ma znaczenie, czy poranek zaczynasz od słów (wypowiedzianych lub pomyślanych) „ja pierdolę trzeba wstać” czy od słów „dzień dobry, to będzie dobry dzień”.

 

2. Ssanie oleju

Od kilku dni pierwszą czynnością po obudzeniu, a przed umyciem zębów, jest dla mnie ssanie oleju (oil pulling). To stara ajurwedyjska technika mająca ponoć cudowne działanie na cały organizm, od wybielenia zębów, poprzez poprawę stanu jamy ustnej i cery, leczenie infekcji gardła, na oczyszczeniu całego organizmu skończywszy. Stosuję ją dopiero od kilku dni, więc nie wiem jakie to cudowne rezultaty pojawią się u mnie, ale chcę sprawdzić. W dużym skrócie, metoda polega na płukaniu jamy ustnej nierafinowanym olejem kokosowym (lub innym: słonecznikowym, rzepakowym) przez około 20 minut, przepychając go między zębami (pewnie stąd nazwa ssanie oleju). Po upływie wyznaczonego czasu olej, który zamieni się w mętną białawą ciecz, należy wypluć (do toalety lub jeszcze lepiej do kosza, nie do zlewu!) i dokładnie wypłukać jamę ustną oraz umyć zęby (ja mam do tego celu osobną szczoteczkę).

Przyznam Wam, że ssanie oleju stanowi dla mnie wyzwanie. Używam dobrej jakości nierafinowanego oleju kokosowego, ale jednak jego smak nie bardzo mi odpowiadał, więc dodałam do niego kilka kropel olejku eukaliptusowego (miętowy też by się pewnie sprawdził). 20 minut (niektóre źródła mówią nawet o pół godziny!) jest na razie kompletnie poza moim zasięgiem. Zaczynałam od 3-4 minut ssania. Teraz, po kilku dniach, to może jest 10 minut. W tym czasie robię inne rzeczy, np. biorę prysznic albo zmywam.

Bardzo jestem ciekawa czy macie doświadczenia ze ssaniem oleju, jak ta metoda działa u Was?

Odsyłam Was do ciekawego tekstu mojej ulubionej ostatnio blogerki Agnieszki Maciąg na temat oil pulling

 

3. Szklanka wody… albo trzy szklanki :)

Czasem gdy ssę olej, to w międzyczasie przygotowuję sobie porannego drinka. Często jest to woda z cytryną – po prostu szklanka ciepłej wody z wkrojonymi plasterkami cytryny. W wersji de luxe dodaję imbir lub grejpfruta. Czasem po prostu zalewam cytrynę zimną wodą z kranu (jedna z tryliona rzeczy za które kocham Islandię – woda z kranu niemal wszędzie nadaje się do picia) i wypijam. A dzięki mojej najwspanialszej na świecie Siostrze odkryłam inny cudowny drink. Gorąca przegotowana woda. Po prostu. Szklanka gorącej wody cudownie budzi układ trawienny i, wierzcie lub nie, smakuje wyśmienicie! Uwielbiam. Kiedyś byłam wielką miłośniczką herbat wszelakich, zwłaszcza zielonych. A ostatnio zauważyłam, że już od wielu miesięcy pudełka z herbatami kurzą się w kątach szafki – zupełnie przestałam pić jakąkolwiek herbatę – przerzuciłam się na wodę z cytryną i grejpfrutem, gorącą wodę, zimną wodę, zioła (koper włoski, lawenda, mięta) oraz – zwłaszcza w pracy – herbatki owocowe i mieszanki owocowo – ziołowe. Czasem pijam też kawę, ale zwykle dla towarzystwa, a nie z potrzeby „obudzenia się”.

 

4. Zasiadanie

Kilka minut po 6, najpóźniej około 6.30 staram się zasiąść do medytacji. Choć zauważyłam ostatnio, że to słowo, medytacja, jakoś mnie spina. Kreuje moje oczekiwania: teraz będę siedzieć kiej ten mnich buddyjski i obserwować moje myśli jako te obłoki na niebie. A czasem tak nie jest. Więc lubię sobie mówić, że po prostu zasiadam. 20 minut siedzenia. I patrzenia co się wydarzy. Czasem wydarza się medytacja, czasem wydarza się porwanie w wir myśli i uczuć. Czasem się irytuję bo przez 10 minut nie mogę znaleźć wygodnej pozycji. A przez kolejne 10 śmieję się z tej irytacji. Czasem słucham jak ptaki śpiewają za oknem. Czasem patrzę w jakie wzory słońce się układa na ścianie budynku naprzeciwko (jeśli jest to jeden z TYCH dni na Islandii, wiecie, słonecznych ;) ). Siedzę, jestem, zapominam że jestem, przypominam sobie że jestem… I tak w kółko. Czasem się głaszczę po ramionach, czasem się obejmę i utulę. Czasem mi smutno a czasem mam wkurw.

 

5. Automasaż

Ważnym, choć niecodziennym elementem poranka, jest automasaż. Dziś akurat był, i czuję go w ciele. Czuję to wymasowane, ale wciąż spięte miejsce przy prawej łopatce. I – o rany! – jakie ja dziś odkryłam spięcia w pośladkach! Co też mi tam utkwiło w tych mięśniach zaciśniętych, czy to strachem, czy złością, czy wstydem… czasem zaciśniętych od dawna, od wielu, wielu lat. Troskliwie, spokojnie, z miłością i uważnością na jaką mnie stać, rozluźniam dzień po dniu swoje ciało. Jednego dnia coś puści, innego odkryję nowe napięcie…

A jak to wygląda w praktyce? Kładę się na macie lub bezpośrednio na podłodze. Leżę na plecach, oddycham i… sprawdzam czego chce moje ciało. Jak się chce poruszyć. Gdzie czuje – czasem lekkie napięcie, dyskomfort, a czasem ból. I sprawdzam jak mogę to napięcie uwolnić z pomocą podłogi, z pomocą oddechu i z pomocą czułej uwagi. Turlam się, ugniatam, naciskam mocno lub delikatnie plecami do podłogi (pomaga ugięcie nóg w kolanach i uniesienie bioder), wyciskam, oddycham, oddycham, oddycham – żeby mogło odfrunąć, uwolnić się to co już niepotrzebne. Lubię sobie przy tym posłuchać pięknej muzyki, na przykład z tej playlisty.

Sięgam też po najlepszego przyjaciela mięśni przykręgosłupowych, czyli przyrząd do masażu DIY: dwie piłeczki tenisowe w skarpecie. Można się na nich położyć i powoli, centymetr po centymetrze, z oddechem i uwagą przeturlać je od podstawy kręgosłupa aż do karku. Zatrzymuję się w miejscach gdzie czuję napięcie. Kieruję tam swoją czułą uwagę. I oddycham, oddycham. I puszczam…

A tej małej kolczastej piłeczki użyłam dziś do wymasowania mięśni pośladkowych i bioder – po prostu leżąc na plecach podłożyłam ją pod jeden pośladek i sprawdzałam co się stanie, gdy poruszę tu, poruszę tam, ugnę nogę, podeprę się na łokciach, przekręcę się na bok… Oj, działo się, działo…

I tak przez 40 minut, godzinę albo czasem dłużej. To jest czas dla mojego ciała. To jest uwaga w 100% jemu poświęcona, bo ono jest ważne. Bo ono chce czuć się dobrze, chce być zrelaksowane, uwolnione. Bo ono zasługuje na tę czułą uwagę.

Powoli, powoli, z miłością. Patrz, co się uwolni. Połóż się na podłodze i zobacz co się stanie. Jak można z jej pomocą wymasować plecy, pośladki, ręce, biodra, stopy (boki stóp!), łydki, barki, ramiona. Jak można wymasować sobie czoło, delikatnie turlając je po podłodze.

Odsyłam Was do mojej ukochanej nauczycielki automasażu

 

6. Pisanie w zeszycie

Było coś dla ciała, to niech będzie i coś dla umysłu (choć rozdzielanie ich raczej nie ma sensu). Często sięgam rano po mój piękny zeszyt, żeby zapisać w nim to, co akurat się we mnie urodziło. Być może niektóre z Was, dzięki książce „Droga Artysty” lub z innych źródeł, znają praktykę porannych stron – zapisywania po przebudzeniu 3 stron w zeszycie, przenoszenia na papier tego potoku myśli. Kiedyś tak robiłam, potem przestałam… teraz wracam do pisania w zeszycie, ale niekoniecznie zaraz po przebudzeniu. Lubię po prostu sięgać po niego rano (i w ciągu dnia też), brać długopis i sprawdzać co też się wydarzy. Co też ze mnie wypłynie. Czasem słowa, czasem rysunki.

Nie wiem jakie macie doświadczenia z prowadzeniem dziennika / pamiętnika, ale ja mam marne. Zaczynałam srylion razy, już jako dziecko i nastolatka, i nigdy nie trwało to dłużej niż kilka tygodni. Z zazdrością i podziwem patrzyłam na ludzi, którzy regularnie prowadzą dzienniki, bo podobno to dobrze wpływa na zdrowie psychiczne ;) A wiecie co mnie hamowało przed pisaniem dziennika? Ego oczywiście! Zawsze sobie wyobrażałam co będzie jak ktoś te moje zapiski znajdzie i przeczyta… I zawsze przez to siebie cenzurowałam (błagam, powiedzcie że nie jestem osamotniona w tym problemie. Ktoś też tak ma?). A założeniem dziennika jest wywalanie flaków na papier. Nadal gdzieś ta potrzeba cenzury i „żeby ładnie wyglądało” we mnie jest, ale odkąd jestem jej świadoma, częściej to odpuszczam. Bywa różnie, zawsze ciekawie, czasem wzruszająco, czasem wkurzająco.

 

7. Karty

Ciało, umysł… Dusza też potrzebuje dopieszczenia rano :) Lubię sobie usiąść na kolorowej, pasiastej poduszce (która robi u mnie za fotel, ale o tym Wam napiszę przy okazji tekstu o minimalizmie), odetchnąć kilka razy i wyciągnąć kartę Bogini z talii „Goddes Guidance Oracle Cards” od Doreen Virtue (po polsku te karty chyba nazywają się „Przewodnictwo Bogiń”). Zazwyczaj po prostu wyciągam kartę z intencją: co jest dla mnie ważne w dzisiejszym dniu, czasem pytam co jest ważne w konkretnym obszarze (praca, związki). Tasuję, oddycham (zauważyłyście jak dużo razy wspominam w tym wpisie oddech?) i wyciągam, albo czasem karta sama wypada). Do talii 44 kart dołączona jest książeczka pomagająca w ich interpretacji.

Lubię te moje Boginie. Mój umysł się trochę podśmiewa, ale ja ostatnio intensywnie uczę się i doświadczam, że umysł to tylko ćwiartka mnie (obok ciała, emocji i duszy, czyli Tajemnicy) i w tych 25% pozwalam mu się podśmiewać i być sceptycznym :)

 

8. Taniec, ruch

Taniec! Oczywiście! Taniec jest ważnym elementem poranka. Najchętniej boso, czasem bez ubrania… o tańcu spontanicznym i intuicyjnym pisałam więcej tu. A ostatnio często tańczę do tej playlisty.

 

9. Śniadanie

Oto nastały te radosne dni zjadania śniadania rano (prawie zawsze… ale nawet jeśli nie zdążę, to na szczęście w pracy dzień zaczynamy wspólnym śniadaniem). Lubię rano zakręcić się po kuchni i wyczarować sobie cos smacznego… albo mniej smacznego. Dziś gotowałam amarantus po raz pierwszy w życiu i okazało się, że gotowany amarantus, nawet w towarzystwie pieczonych marchewek i jabłek i posypany surowymi ziarnami kakaowca to nadal nie jest to co Magdalena lubi najbardziej. Za to jaglanka, o tak, proszę państwa, jaglanka mogłaby być codziennie. Aromatyczna dzięki przyprawom, z migdałami, mlekiem kokosowym, daktylami i miodem. Albo pudding chia z kiwi i bananem. Tak to ja mogę zacząć dzień. I żeby nie było, nie zawsze jest wymyślnie. Owsianka też czasem ląduje na stole. Podobnie jak kanapki z masłem i pomidorem. O, a teraz poczułam że mi się chce jajecznicy z suszonymi pomidorami :)

 

 

I to tyle, kochane Kobiety – najważniejsze elementy prawie wszystkich moich poranków. Dziś wyglądają tak, a może za miesiąc będą już kompletnie inne, kto wie?

Opiszcie Wasze poranki! Co w nich uwielbiacie, co chciałybyście zmienić? Bardzo, bardzo jestem Was ciekawa!