Od dziecka byłam niecierpliwa. Kiedy przykładowo miałam 5 lat, nie mogłam się doczekać aż pójdę do szkoły. W podstawówce myślałam, że zacznę życie, kiedy będę w liceum. Potem marzyła mi się pełnoletniość i samodzielność, które w gruncie rzeczy rozczarowały mnie nieco. Ciągle myślałam, że potem będzie lepiej, że kiedyś znajdę szczęście. Mijały lata, a mnie wciąż było… tak sobie. Oczywiście nie twierdzę, że moje życie to pasmo udręk i rozczarowań, ale poza chwilowymi fazami szczęścia odczuwałam pewien niedosyt. Nie potrafiłam cieszyć się tym, co mam. Nie realizowałam również marzeń, bo żadnych nie miałam. Kiedy mój jeszcze-nie–mąż zapytał mnie, czego chcę, odpowiedziałam mu, że nie wiem, że jedyne, o czym zawsze wiedziałam, to to, że będę MAMĄ.

Skąd wzięło się to moje postanowienie? Miałam wówczas 4 może 5 lat. Moja mama obiecała mi i mojej siostrze, że zrobimy wspólnie ozdoby choinkowe. Rok wcześniej zrobiłyśmy kilka i choć obiektywnie rzecz biorąc nie były piękne, to zabawa była przednia, a i powody do dumy się też znalazły, bo kto w tym wieku robi trójwymiarowe ozdoby z bibuły. Niestety mama nie dotrzymała obietnicy i strasznie mnie wtedy musiała zawieść, gdyż zostawiło to ślad w moim młodym serduszku. Pomyślałam sobie wtedy, że ja nigdy czegoś takiego nie zrobię. To właśnie wtedy powstała w mojej głowie decyzja i moje największe marzenie: kiedy będę duża, chcę zostać mamą, i to nie byle jaką, tylko najlepszą. Oczywiście nie było to łatwe marzenie, gdyż musiałam jeszcze uświadomić mojego opornego męża, że on chce być tatą. Ale kropla drąży skałę…

Niedawno zostałam mamą. Choć początek był kiepski (okres połogu i początki karmienia były dla mnie koszmarem) już po miesiącu wszystko się odmieniło. Maluszek okazał się świetnym kompanem i nauczycielem życia. Dziś nie myślę już o tym, co będzie jutro, za miesiąc, za rok. Skupiam się na tym, co jest tu i teraz. Zawsze zazdrościłam koleżankom, które opowiadały o uważności. Brakowało mi tego w moim życiu. Teraz każdego dnia czerpię z naszego bycia razem jak najwięcej. Uwielbiam nasze wieczorne rytuały. Kąpiel, zabawy przy ubieraniu się, a następnie karmienie przytulonego do piersi dzidziusia. Nie myślę wówczas o tym, jak o przykrym obowiązku, ale odczuwam przyjemność z bycia razem. Zastanawiam się nawet czy to normalne, że czerpie tyle radości i satysfakcji z tych wieczornych zajęć.

Maluch nauczył mnie wielu wspaniałych rzeczy. Stałam się mniej samolubna i egocentryczna, a bardziej uważna na jego potrzeby. Opiekując się Małym odkryłam pokłady cierpliwości, o które się nie podejrzewałam, za co on odwzajemnia się najpiękniejszą rzeczą na świecie.

Codziennie wieczorem kładę mojego Dzidka do łóżeczka, gdzie grzecznie (albo nie) zasypia. Przeważnie przesypia większą część nocy. Zdarza się, że miewamy kilka pobudek na przekąskę. Bez względu na to, co działo się w nocy, około 7 rano słyszę pokrzykiwanie zniecierpliwionego bobasa. Czasami chichocze, czasami wrzeszczy ze złością, ale w chwili, gdy zjawiam się nad łóżeczkiem jego buzia rozpromienia się, a czasem nawet usłyszę okrzyk radości. Widać, ze maluszek cieszy się tylko dlatego, że po prostu JESTEM. W końcu czuję, że jestem we właściwym miejscu.