Wpis, wbrew sugestywnemu tytułowi, NIE będzie o tym, jak najlepiej dobrać ubrania do figury, by zatuszować szerokie biora / brak bioder, szerokie ramiona, brak talii, za mały / za duży biust i inne cechy budowy ciała wielu kobiet, uważane powszechnie za brzydkie i wymagające korekty. Po takie rady kliknijcie gdzie indziej. Albo otwórzcie pierwszą lepszą gazetę dla kobiet. Rady tego typu znajdziecie gdzieś pomiędzy radami „jak być gorącą kochanką i wprowadzić trochę pikanterii do waszego pożycia” i podpowiedziami „jak ugotować obiad dla pięcioosobowej rodziny w pięć minut” oraz „jak usunąć plamy z  barszczu” (bo przecież najlepsza kobieta to takie hybrydowe skrzyżowanie Sashy Grey i Idealnej Pani Domu). Ale dziś zupełnie nie o tym.

Dziś chcę pisać o Równowadze.

Żyję w nierównowadze. Ja i wiele Kobiet, które znam. W nierównowadze bardzo uciążliwej i niezdrowej, choć praktycznie niezauważanej. Ja sama przez długi czas uważałam, że to normalne, dopóki nie zaczęłam doświadczać krótkich i ulotnych, ale wspaniałych stanów równowagi. Równowagi pomiędzy ciałem i umysłem.

Jak o sobie myślę, to widzę wielką głowę na małych nóżkach. Nie, raczej wieeeeeeeeeelką głowę na malutkich nóżkach. Ciało traktuję jako środek transportu dla głowy. Taki środek transportu, o który dba się mniej więcej tak, jak o jak o stary, bezwartościowy samochód: tu zadrapania na karoserii, tam krakersy na wycieraczce i papierki po fast-foodach sprzed dwóch miesięcy walają się pod siedzeniami. Ale dopóki jako tako działa, jest okej.

Poświecam dużo czasu na myślenie, planowanie, wprowadzanie planów w życie, planowanie dalszych działań i analizowanie wszystkiego osiem razy. Głowa robi się od tego naprawdę ogromna. Tyle rzeczy jest do ogarnięcia. Człowiek ciągle jest myślami gdzie indziej, a to w przyszłości, którą w swojej naiwności stara się zaplanować, a to w przeszłości, której żałuje albo za którą tęskni. Mało zwraca się wtedy uwagi na ciało. Na to czy boli albo czy czegoś mu trzeba. Na to czy jest mu wygodnie, ciepło, zimno, w ogóle JAKOŚ. Czy jest głodne, a może wręcz przeciwnie, wcale nie ma ochoty już jeść.

Żyjąc w nierównowadze, zauważa się ciało wtedy, gdy ono się zepsuje tak jak ten stary samochód, który nabiera znaczenia dopiero gdy rano nie odpali.

A przecież ciało jest MĄDRE. Daje sygnały. Reaguje zmęczeniem, bólem, trzęsącymi się dłońmi, skurczami w łydkach, migrenami, niestrawnością, przeziębieniem. Daje sygnały, które uczymy się perfekcyjnie lekceważyć, zagłuszać, omijać: kawą i energetykami, środkami przeciwbólowymi, suplementami diety. Do perfekcji mamy opanowane mówienie ciału: zamknij się i współpracuj do cholery, albo chociaż nie przeszkadzaj.

Głowa też jest mądra, nie mówię, że nie. Ale o ile mądrość głowy jakoś łatwiej mi przyjąć do wiadomości, o tyle mądrość ciała jest trudniejsza do ogarnięcia. Bo to inna mądrość, dla mnie bardziej pierwotna, instynktowna, czasem wręcz mistyczna. Nie da się jej ogarnąć rozumowo, czyli głową. Ale te krótkie momenty gdy czuję prawdziwą, autentyczną i pierwotną łączność z moim ciałem, są momentami prawdziwego Szczęścia. Momentami, w których czuję się Kompletna. I do takich momentów dążę, szukam ich, kolekcjonuję jak kamyczki. Uczę się mądrości mojego ciała, uczę się go słuchać. To trudne dla mnie, Wielkiej Głowy Na Małych Nóżkach, żyjącej wiecznie w przyszłości,w planach i marzeniach. Bo ciało jest tu i teraz, w teraźniejszości. A mnie trudno się skupić na tym Momencie, na Chwili.

Ale czasem się udaje, mam na to kilka swoich sposobów. I tak, kroczek po kroczku, kawałek po kawałeczku odzyskuję moje ciało, żeby móc czerpać z jego mądrości. Żeby być Kompletną. Żeby żyć w Równowadze.

Moja prywatna instrukcja obrazkowa :) (kliknij, żeby powiększyć)

odzyskiwanie proporcji