Jestem mamą. Będę mamą. Już jestem mamą.. dziecko jest we mnie.

Na początku to do mnie nie dochodziło.
Budziłam się co noc i przewracałam z boku na bok.. bezsennie.. myśląc.
Nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę i że to już.
To nie był idealny moment w naszym związku. Był może dokładnie do idealnego odwrotny.
Ale jak wiadomo, Ten Tam Na Górze lubi urządzać rzeczy właśnie tak, jak jemu pasuje, a nie jak my sądzimy, że powinno być.

Taką mam głęboką wiarę w to, że wszystko przychodzi w odpowiednim momencie..
że wszystko przychodzi po to by nas umocnić, by nas rozwinąć.
Wierzę, też że wszystko jest naszym błogosławieństwem, i po prostu trzeba nauczyć się to widzieć.

Wiele tygodni przeszło w tym mglistym niedowierzaniu, przeplatane lękami i obawami.
Patrzyłam na swoją twarz w lustrze i nie mogłam się uśmiechnąć.
A nie mogłam przede wszystkim dlatego, że czułam, że to nie „okej”.
To nie okej, że się z tego nie cieszę, bo przecież to ma być „błogosławiony stan”, bo powinnam być wdzięczna, bo przez nie-cieszenie się przesyłam trochę „lewe” wibracje dziecku, bo może właśnie je krzywdzę tym nieuśmiechem, i tak dalej i tak dalej..

Trochę mi zajęło, nim pozwoliłam sobie czuć, co faktycznie czułam, nim poddałam się fali.. mroku.

A zaraz za mrokiem przyszło światło.
I to Światło pomogło mi w decyzji, by zachować ciążę.
I to Światło pomogło mi uwierzyć.. na nowo.. że WSZYSTKO MA SENS.
I to Światło pogłaskało mnie po głowie i powiedziało mi „jesteś bezpieczna… z tym wszytkim.. w sobie.. jesteś całkowicie bezpieczna”
I to Światło pozwoliło mi uśmiechnąć się na myśl o możliwej śmierci;…
pomyślałam: w końcu nic BARDZIEJ nie może się stać.
A przecież ja tak kocham żyć.. więc będę żyć. Urodzę i będę żyć !

I żyję.
Dni spędzam na malowaniu i przędzeniu wełny.
Zapisałam się na basen (bez chloru i z ozonem) i chodzę często.. moje ciało się zmienia.. podobnie jak niegdyś przy systematycznej praktyce jogi – nabiera swoistej krzepy i „spójności”.
Czuję się coraz silniejsza…
Czytam cudne rzeczy. Piszę. Rano po przebudzeniu leżę dłuższą chwilę w łóżku i nic nie robię, albo długo się przeciągam.
Czasem leżę i uśmiecham się do sufitu. A czasem uśmiechu nie ma, ale jest ten głęboki poranny oddech.. wsłuchuję się w niego.
Patrzę na bluszczyk w ceramicznej doniczce, jak wyciąga się do góry, do okna, na jego listki świerzozielone, które każdego dnia trochę się powiększają.

I żyję.
Jem dobre jedzenie. Takie, które jest zdrowe i taki, co mi smakuje.
Czasem też trochę mniej zdrowe.. ale staram się.
Najbardziej smakują mi owoce i orzechy. Winogrona, śliwki, pomarańcze, suszone morele, nerkowce i włoskie…
Masuję brzuch, piersi i pośladki. Kąpię się i nacieram olejkiem. Pięknopachnącym olejkiem!
Tańczę… choć nie słucham za dużo muzyki. Raczej sama gram i śpiewam.
Dużo dużo śpiewam. Nucę wszędzie, nawet jak jem, i nie zawsze to zauważam. W wannie śpiewam głośno, ludowo, plemiennie..
Wiem, że mnie słyszą. Oni.. One.. Wiem, że są przy mnie.
Zamykam oczy..
Jestem bezpieczna. Ja. Tutaj. Teraz.
Dziecko-matka.
Jestem tym i tym.
Jestem we własnym łonie. I po mału rodzę się..
I wierzę.

Duże to są zmiany.. wiele z nich wydaje się nie do opisania.
I chociaż czasem bywam tymi zmianami przestraszona,
to jestem ich też ciekawa.. ich.. siebie… całego tego procesu..
Płatki się rozchylają. Czuję słodki zapach:
oto jest miłość, która swoim złotym światłem wnika w sam środek mnie i zapewnia o Nowym Życiu.
To, co najsłodsze, kryje się zazwyczaj pod niejadalną skórką.
Odwagi… Miłości…

 

Blooming