Naczytałaś się, jak ważna jest akceptacja swojego ciała. Że trzeba siebie kochać, obdarzać miłością, akceptować swoje wady i mankamenty urody, że każdy jest inny a wszyscy cudowni. Stajesz przed lustrem i przemawiasz do siebie z „miłością” bo tak kazali w mądrych podręcznikach budowania samooceny.

 

Patrzysz na siebie i myślisz:

  • Jeśli tylko schudnę  5 kilogramów, na pewno siebie zaakceptuję.
  • Jeśli tyko wybielę sobie zęby, będę się częściej uśmiechać, obiecuję.
  • Gdy tylko opalę swoje blade nogi, zacznę się sobie podobać w spódniczkach.
  • Jeśli zmieszczę się w rozmiar 38, mój związek na pewno znów rozkwitnie.
  • Gdybym tylko miała większy biust, na pewno nie byłabym teraz sama.
  • Jeśli przefarbuję się na rudo, na pewno nabiorę pewności siebie i zacznie mi się układać w życiu.
  • Gdybym była te kilka centymetrów wyższa, na pewno zostałabym modelką.
  • Jeśli trochę schudnę, nabiorę większej pewności siebie i moja niska samoocena zniknie.
  • Tylko jeszcze wybielę sobie piegi i będę się wreszcie sobie podobać, i będę mogła zacząć traktować się z miłością.
  • Kiedy wygładzę sobie zmarszczki, wreszcie będę szczęśliwa.

 

Nie, nie będziesz. Bo właśnie tkwisz w pułapce „jeśli”. 

 

Najpierw AKCEPTACJA, by potem nastąpiła ZMIANA.

Przychodzi mi do głowy takie przewrotne porównanie: z  rozwojem osobistym jest jak z terapią alkoholizmu. Warunkiem skutecznej terapii jest to, że alkoholik sam przed sobą przyzna, że ma problem. Że powie sobie: tak, jestem alkoholikiem. Teraz, kiedy już to wiem i akceptuję, mogę dokonywać zmiany. Ja na rozwój osobisty patrzę podobnie. Zaczyna się od bezwarunkowej akceptacji siebie CAŁEJ, wliczając w to trudności, słabości, wady, mankamenty i niedociągnięcia. W końcu one TEŻ mnie tworzą. Teraz, kiedy już traktuję siebie z bezwarunkową automiłością, nie odcinam z nienawiści żadnego kawałka siebie, mogę chcieć poprawiać we mnie to wszystko, co chciałabym zmienić. Automiłość nie oznacza spoczęcia na laurach, tylko chęć zmiany i ulepszania pewnych obszarów swojego życia/ciała/osobowości/seksualności właśnie dlatego, że się je zaakceptowało – jako swoje trudne obszary, wymagające zmiany.