Samotność mieszka w drzewach i nad rzeką. Mogę tu być bez pytań i bez tłumaczenia. Tak lubię. Kiedy słońce zniża się i czerwienieje, wsiadam na rower. Ciągnie mnie, wzywa mnie… coś.

Jestem głodna ciebie, dlatego wsiadam na rower i pędzę, kupuję pięć gałek lodów, zjadam namiętnie i siadam w trawie na brzegu, żeby popatrzeć jak światło dnia tonie w Wiśle.

Wiele koniczyn już przekwitło, rosną takie sczerniałe obok biało-różowych, i niby jeszcze żyją, ale już nie.
Kładę rękę na piersi, szukam serca.

Dziś założyłam stanik. Czarny, z koronką. Piersi wypełniają go dokładnie. Podobałby ci się przez pare minut, a potem by zniknął. Bo ważniejsze jest zwykle to, czego nie widać…

Ślizgam się oponami po ulicach, aż docieram nad rwącą wodę; tu muszę się zatrzymać. Patrzę jak ona migocze, podąża gdzieś. Płynie od lewej do prawej, tak jak czas w zegarze. A słońce zjeżdża pionowo w dół, jest pomarańczowe i już prawie mogę spojrzeć w jego środek.

Jestem głodna ciebie, dlatego udam się na post. Jesteśmy miłością. Ty i ja i wszystko wokół. Nawet czas czekania na spotkanie.

Kocham cię, a i przy tobie bywam głodna, jakby człowiek nie potrafił zaznać satysfakcji w tym co już ma, nawet w spotkaniu z dawna oczekiwanym.

Dziwne. Stałe poszukiwania. Niepełność. Dążenie….

Jednak coraz częściej udaje mi się – bez usiłowań – zasmakować w nietrwałej chwili, w ruchomym skrawku wieczności.. i zamieniwszy się w jeden uśmiech płynący, spokojny, zasiąść cicho na chmurze pylistej i złotej, pozawerbalnie się cieszyć, doceniać, że jestem.