Byłam prawdziwie spokojna. To było w domu Araceli, w Maladze.

Siedziałam w cieniu drzew oliwnych w ustronnym miejscu, które pokazała mi tego ranka. W miejscu do modlenia się.
Przechadzały się tam koty i było bardzo cicho. Wiał lekki wiatr.

Przed sobą, w dole, widziałam góry, a na lewo od nich, wybrzeże morskie, plażę i wodę osnutą mgłą.

Wtedy pisałam… między innymi o tym, że zostawiam gitarę w Hiszpanii.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że za godzinę, powodowana głosem serca, zmienię zdanie, i szybciutko dokupię jej miejsce w samolocie.

Wtedy obserwowałam koty… i nie bałam się niczego. Ani samotności, ani tego, że mnie nikt aktualnie nie przytulał, ani głodu, ani przejedzenia, ani gorąca, ani nawet tego, że mogłabym nie zdążyć na samolot… nawet tego, że moja praktyka jogi upadła i już ledwie żyła…

a może właśnie żyła pełniej?

chcę, żeby ktoś zrozumiał
że ja jestem czymś więcej niż tym strachem, co wybucha pod wieczór,
niż setką niedokończonych projektów,
niż słowem wybełkotanym przez palce,
niż nie zawieszonym stryczkiem
na nitkach pięciolinii
niż tkliwością do róży i fioletów

ja jestem
powietrzem co się przemyca
przez wszystkie płuca świata
niepostrzeżenie i ze spokojem świętym