Jest kilka takich tematów w obszarze kobiecej seksualności i cielesności,  które są dla mnie ważne, poruszają mnie i budzą wielkie emocje. Jednym z nich jest miesiączka. I o miesiączce pewnie nie raz jeszcze napiszę. A drugim takim tematem jest owłosienie łonowe. Włosy na cipce po prostu. I o nich będzie dziś.

 

NAJPIERW

Może pamiętacie jak to było, kiedy jako młode dziewczynki zaczęłyście dorastać? Ja swój pierwszy stanik (w który nie za bardzo było wtedy co włożyć, zresztą tak zostało do tej pory ;)) nosiłam z taką dumą, że prawie z tej dumy pękłam, prezentując go nonszalancko w przebieralni przed wuefem. Podobnie pierwszy okres – te, które już go miały za sobą, patrzyły z pewną wyższością na te jeszcze „niedojrzałe”. I wreszcie, podobnie z włosami na waginie. Były sygnałem tego, że jestem już „dorosła”, że jestem kobietą. Byłam dumna z tych rzadkich, ciemnych włosków, z czasem gęstniejących.

 

Nie da się lubić pochwy, jeśli nie lubi się włosów. Wiele osób ich nie lubi. Mój pierwszy i jedyny mąż nie cierpiał włosów. Twierdził, że są brudne i skołtunione. Kazał mi ogolić pochwę. Była potem opuchnięta i obnażona, jak u małej dziewczynki. To go podniecało.

 

origin2Nie pamiętam dokładnie, kiedy włosy zaczęły mi przeszkadzać.  Ani dlaczego. Obstawiam, że wpływ na to miał między innymi wygląd wagin prezentowanych w filmach porno (to, że przez dobrych klika lat byłam przekonana, że moje wargi sromowe są zdeformowane, to temat na oddzielną historię) – absolutnie gładkich, równiutkich, różowych „bułeczek”.  Na pewno swoje zrobiły też kolorowe czasopisma dla kobiet, pełne artykułów na temat tego, jaka forma pozbywania się zbędnego owłosienia łonowego jest najwłaściwsza  No właśnie. ZBĘDNEGO. Niepożądanego. Niedopuszczalnego u nowoczesnej kobiety. No, ewentualnie dopuszczalny jest wąski paseczek.

 

Kiedy ogoliłam sobie rzecz samą, poczułam się jak małe dziecko, szczebiotałam jak dziewczynka, a skóra piekła mnie tak, że nawet maść cynkowa nie pomagała. Terapeutka powiedziała mi, że małżeństwo to kompromis. Zapytałam ją wtedy, czy jeśli się tam ogolę, to mąż zaprzestanie skoków w bok.

 

PÓŹNIEJ

Oczywiście, że się ogoliłam, przecież chciałam się wpasować w obwiązujące standardy, a  w dzisiejszych czasach to ogolona cipka jest standardem, a zarośnięta aberracją albo egzotycznym wymysłem. Po przecież prawdziwa kobieta ma włosy tylko na głowie, a każde inne włosy – czy to na cipce, czy na nogach, czy  pod pachami – są obrzydliwe. No, chyba, że ma 80 lat.

Miałam po tym pierwszym goleniu ochotę z bólu gryźć tynk ze ścian – myślę, że wiele kobiet mnie zrozumie ;). Ale goliłam się nadal. Bo przecież trzeba cierpieć, żeby być piękną. Mówiłam sobie, że robię to dla siebie. Nie twierdzę, że tak nie było, ale na pewno znaczenie miało też zadowolenie mojego partnera. Lektura forów, wypowiedzi wielu kobiet i mężczyzn  w Internecie, to wszystko utwierdziło mnie tylko w irracjonalnym przekonaniu, że owłosione waginy są obrzydliwe. Obleśne. Brudne. Aseksualne. Goliłam się więc i cierpiałam, i wpisałam to cierpienie w moją kobiecość. 

 

… I PÓŹNIEJ

Bardzo chciałabym umieć uchwycić i zdefiniować ten moment, kiedy coś się zaczęło zmieniać w tym tak ważnym i emocjonalnym dla mnie temacie. Nie wiem do końca, co się stało.  Ale w efekcie tego „czegoś”, co się we mnie wydarzyło,  w geście irracjonalnego buntu zapuściłam totalny busz. Totalny protest. Nie czułam się dobrze. Miałam wrażenie, że nie jestem atrakcyjna dla mojego partnera. Że go te włosy zniechęcają. Żartował, że jestem taka vintage. A mnie się wydawało, że wolał mnie bez włosów i uważał, że się zaniedbałam. Szarpałam się przez długi czas.

 

Tym razem po powrocie do domu mąż ogolił mnie w kroku. (…) Ale potem, kiedy na mnie napierał, czułam, jak ten jego ostry trzpień mnie bodzie, jak dźga moją nagą, obrzmiałą pochwę. Nie miałam ochrony. Bo nie miałam swojego futerka. I wtedy zrozumiałam, że włosy są tam nie bez powodu — jak liść wokół kwiatu, jak trawnik wokół domu. Trzeba je lubić, żeby lubić pochwę. Nie da się wybierać różnych części wedle życzenia. Zresztą mój mąż i tak nie zaprzestał skoków w bok.

 

TERAZ

Nie chcę być źle zrozumiana. Nie jestem orędowniczką buszu między nogami. Jak dla mnie, kobiety mogą być tam ogolone na zero, wydepilowane, mieć pasek, trójkąt, kropki, ciapki albo na irokeza. Albo gąszcz. Ich sprawa (przynajmniej powinna być tylko ich). Mało tego, wiele argumentów tych kobiet, które się golą, do mnie trafia i uznaję je za sensowne: golę się, bo lubię, bo mi się to podoba, bo tak mi wygodniej, bo to estetyczne, bo mój chłopak lubi, bo mam lepsze doznania z seksu oralnego… Okej, kobieto, rób co chcesz, jeśli tylko jesteś przy tym w zgodzie ze sobą. Jak dla mnie – super. 

O co więc mi chodzi? O pokonanie terroru bezwłosej waginy. Na przykład powszechnego argumentu „golę się, bo to higieniczne”. Gdy to słyszę, czuję się. . .  co najmniej dziwnie. Trochę brudna właściwie, a już na pewno gorsza. Bo używanie argumentu „golenie się w miejscach intymnych jest bardziej higieniczne”  – skądinąd fałszywego argumentu – sprawia, że zaczynam znów sądzić i wierzyć, że skoro się nie golę, nie depiluję, to jestem w okolicach intymnych brudna. Zaniedbana. Propagowanie tej fałszywej idei, że ogolona wagina jest bardziej higieniczna od nieogolonej, powiększa mój problem. I wracam do punktu wyjścia. Do terroru bezwłosej waginy.

Teraz mogę powiedzieć, że jest w miarę dobrze. Nie golę się, tylko czasem przycinam, i jest mi z tym okej. Lubię moje futerko, lubię je głaskać, przeczesywać palcami i lubię, gdy robi to partner. Ale nadal ten temat budzi we mnie wielkie emocje, o czym świadczy chociażby to, że ten tekst nie jest tak składny, poukładany i sensowny jak chciałabym, żeby był. Po prostu, piszę emocjonalnie. Bo nadal odczuwam czasem mój własny, wewnętrzny terror bezwłosej waginy. Nadal, zwłaszcza z nowym partnerem, zdarza mi się pomyśleć – cholera, ciekawe co sądzi o moim futerku? Podoba mu się, czy uważa mnie za zaniedbaną dziwaczkę? Ale za chwilę przychodzi myśl – jeżeli moje włosy łonowe są dla niego problemem, to jest to tylko i wyłącznie jego problem.

Obraz Gustave’a Courbeta „Pochodzenie świata”. Wersja „współczensa” pochodzi z http://www.andreykeske.com

Cytowane fragmenty pochodzą z „Monologów waginy” Eve Ensler.