Obudziłam się dziś w świetnym humorze. Tak jak wczoraj i przedwczoraj i w kilka poprzednich dni. Nie zerwałam się z łóżka od razu tylko poprzeciągałam ciało i pogadałam do siebie miłe rzeczy z zamkniętymi jeszcze oczami. Basicly, sporą część poranka zgapiłam od Magdaleny http://www.krag-kobiet.pl/morning-routine-dwa-spojrzenia-na-odmieniajace-zycie-rzeczy-ktore-warto-robic-rano/ , zwłaszcza to zdanie na dzień dobry.

Za oknem sikorka żwawo obgryzała świeże pąki na drzewie i pomyślałam z radością, że dziś jest nowy dzień. Każdego dnia jest nowy dzień. Wow. WOW! WOW?

Nagle zaczęło to do mnie powoli docierać – każdego dnia jest nowy dzień. Hmm… niby banał, przecież każdy to wie i wszędzie o tym trąbią, żeby traktować każdy dzień jak gdyby był ostatni, żeby być wdzięcznym za każdy dzień, że żaden dzień się nie powtórzy itp. itd. Pojęcie wyjątkowości każdego dnia nie jest już w żadnym stopniu odkrywcze.

No to więc dlaczego poczułam… strach? Serio. Wystraszyłam się jak cholera. Aż mi się niedobrze zrobiło. Monolog w mojej głowie zaczął się jakoś tak:

Skoro każdego dnia jest nowy dzień i ten dzień już nie wróci, to z czego ja się tak cieszę? Że pójdę do pracy, która jest dobra, ale nie daje mi już satysfakcji? Potem wrócę do domu i zrobię wszystko to co robię każdego dnia. I pewnie znowu znajdę wymówkę, aby nie zrobić nic co przybliży mnie do spełnienia marzeń, bo jestem w wymówkach całkiem niezła.

Smarowałam tosta masłem i dalej perorowałam do siebie w myślach:

Zaraz, zaraz, nie jest przecież chyba tak źle? Czemu się wpędzam w poczucie winy? Przecież ostatnio zrobiłam to i to. Skończyłam tamto. Zapisałam sobie na listę wiszącą na szafce, żeby regularnie robić owo i robię. Zrobiłam więcej w ciągu tamtego tygodnia niż przez ostanie pół roku. To czemu mi mało?

Pytanie retoryczne bo przecież wiadomo…

Ach, pewnie bym chciała nadrobić te dni, w które nie robiłam nic a najlepiej to jeszcze zrobić coś na zapas na wypadek gdyby mi się w przyszłości nie chciało (a na pewno takie dni nadejdą). Ale przecież tak się nie da.

Uśmiechnęłam się do tej ostatniej myśli.

Zakończenie tego monologu było bliskie i oczywiste:

Czy naprawdę nie da się nadrobić straconego czasu? Czy to w ogóle był czas stracony? Przecież skoro nic nie robiłam to znaczy, że nie byłam gotowa, prawda?

Ha! Znowu się udało! No popatrzcie jakie piękne usprawiedliwienie! Nie byłam gotowa. Cud miód i orzeszki. Powinnam sobie jeszcze w ramach wisienki na torcie dodać, że ego trzeba nakarmić żeby zdechło z przejedzenia, bo jak mu się nie da czego chce to wróci ze zdwojoną siłą albo inny bzdet.

Panie i Panowie, to był tylko przykład tego jak wspaniały jest ludzki umysł i mała próbka jego możliwości. Ja naprawdę podziwiam z jakim poświęceniem i kreatywnością on pracuje, aby zabić w nas strach, ukoić niepokój i zniwelować poczucie niewygody życiowego położenia.

Kosztem rozwoju.

 

PS. Zrobiłam tego dnia mapę marzeń i kocham się za to jeszcze bardziej niż rano. To był wspaniały nowy dzień.