Tysiąc życzeń

Daję ci dziś proste narzędzie do rozwoju i transformacji. Wszystko czego potrzebujesz to zeszyt z minimum 60 kartkami, długopisy i około 6 godzin czasu.

Zaczęło się od tego, że miałam pms. Zorientowałam się stosunkowo późno, że to pms, bo dopiero w momencie gdy już byłam gotowa rzucić pracę i zakopać się w morzu żałości, z której – tego byłam na tamten moment absolutnie pewna – nigdy się już nie wydostanę czyli jednym słowem to był taki pms, że miałam pretensję do słońca że rano wzeszło i mnie w oczy razi.

Marudziłam i żaliłam się każdemu kto chciał-nie chciał słuchać.

Aż jedna kobieta powiedziała mi – a weź napisz sobie w zeszycie jakie masz marzenia. Napisz ich dużo. Tysiąc napisz. „Boże co za durny durny pomysł” – pomyślał mój pms. Ale jak już byłam w stanie trzeźwo myśleć, to wróciłam do tego pomysłu i zaczęłam go obracać w głowie.

Wiedziałam, że z marzeniami u mnie nie pójdzie, bo mam trudny stosunek do konceptu marzeń (wolę plany, bo są bezpieczniejsze – tak… wiem… ;)

Więc wymyśliłam sobie tysiąc życzeń. Że będę sobie życzyć tysiąca wspaniałych rzeczy.

W zeszycie (zawsze mam w domu jakiś wolny zeszyt) pisałam po kolei numerki i zaczynałam każde zdanie od „życzę sobie”.

Na początku szlo mi powoli, bo wymyślałam życzenia, zastanawiałam się nad nimi. Chyba dlatego, żeby niczego ważnego nie pominąć. I tak przeszłam przez wszystkie standardy typu „życzę sobie abym była zdrowa” czy „życzę sobie abym miała zawsze czystą wodę do picia”.

Gdy doszłam gdzieś do 170 życzenia to naszła mnie myśl, że już sobie przecież wszystkiego pożyczyłam i niemal w tej samej sekundzie poczułam się szczęśliwa jak cholera, bo skoro wypisałam już wszystkie ważne i niejako „obowiązkowe” życzenia to oznaczało, że teraz mogę sobie życzyć absolutnie wszystkiego. Nie ważne jak małe i absurdalne byłyby to rzeczy. No i popłynęło.

Boże jaka radość. Życzyłam sobie np. żeby pod moim oknem zawsze fukały jeże (bo akurat w tym momencie je słyszałam) albo żebym wzięła udział w radosnej i bezpiecznej paradzie ulicznej i nosiła spodnie w kwiaty. Żebym zagrała w golfa, przejechała się na wielbłądzie, zwiedziła Australię, miała piękne granatowe kozaki, pierścionek na palcu u nogi (sic!), zagrała w limbo (w tej chwili już nie wiem co to jest – musiało mi coś w oko wpaść w momencie pisania), mogła codziennie dotknąć drzewa. Życzyłam sobie abym mogła pohopsasać i pofikać gdy mam na to ochotę, abym wypiła piwo z Krzysztofem. I tak dalej.

Gdy doszłam do siedemsetnego życzenia, miałam już pewne wnioski i spostrzeżenia, którymi chcę się tu z wami podzielić:

-nie ma głupich życzeń – w którymś momencie zdałam sobie sprawę, że tysiąc życzeń to tak dużo, że mogę sobie życzyć najdrobniejszej rzeczy, bo nie są to trzy życzenia do złotej rybki tylko tysiąc życzeń ode mnie do mnie dla mnie do wszechświata

-szybko nauczyłam się precyzji w życzeniach np. ” życzę sobie abym mogła codziennie dotknąć drugiego człowieka i robiła to” albo „życzę sobie abym codziennie mogła śpiewać mantry jeśli będę miała na to ochotę

-uznałam, że życzenia dla bliskich mi osób są także życzeniami dla mnie, bo ich spełnienie się sprawiłoby mi radość wielką, więc wiele moich życzeń jest w stylu „życzę sobie aby moja mama była zdrowa”, zrobiłam też listę osób, o których wiem, że się starają o dziecko i życzyłam sobie zostać ciocią dla ich dzieci (podawałam przy tym konkretną datę), życzyłam sobie też np. aby świat odkrył i zachwycił się talentem RIO (jeden z jego obrazów poniżej)

-wiele ważnych aspektów „obżyczyłam” z każdej możliwej strony czyli np. zebrałam najważniejsze osoby w moim życiu, które chcę aby się kochały i szanowały i napisałam to życzenie w każdej możliwej kombinacji (pojedynczej i grupowej)

-patrzyłam na życzenia dla mnie poprzez pryzmat wzajemności: „życzę sobie aby moja przyjaciółka (tu imię) zawsze mogła na mnie liczyć” a w kolejnym życzeniu „życzę sobie zawsze móc liczyć na moją przyjaciółkę (tutaj to samo imię)

-dawałam sobie wszystkie możliwości: „życzę sobie abym miała powody tęsknić za moim partnerem” i zaraz potem „życzę sobie tęsknić za moim partnerem” oraz „życzę sobie nie tęsknić za moim partnerem”, na tej samej zasadzie życzenie 183 mam o tym by moje życie było pełne przygód, a 247 o tym, żeby moje życie było spokojne

-doprecyzowałam ogólne i subiektywne pojęcia albo w tym samym życzeniu albo w kolejnym, czyli np. pisałam jak sobie życzę rozumieć to, że mogę na kogoś liczyć / ktoś może liczyć na mnie albo gdy w jednym życzeniu używałam czasownika „mieć” („życzę sobie mieć związek partnerski”) to w kolejnym życzyłam sobie podobnej rzeczy ale za pomocą czasownika „być” („życzę sobie być w związku partnerskim”)

-nie wykluczyłam absolutnie żadnego życzenia i z równą dokładnością zapisałam życzenia dotyczące życia osobistego jak i polityki krajowej czy światowej

-nie unikałam życzeń z zaprzeczeniem: „życzę sobie niczego w życiu nie żałować” „życzę sobie nie mieć w życiu żalu”

-byłam drobiazgowa – w oddzielnych punktach wymieniłam praktycznie każdą część mojego ciała i każdy organ i życzyłam sobie aby ta część mnie była zdrowa

-nie napisałam wszystkich życzeń za jednym razem, napisanie stu życzeń zajmowało mi około pół godziny, wypisałam już dwa wkłady do długopisu

-niektóre życzenia już mi się spełniły :)

Najważniejsze w Tysiącu życzeń jest to, że gdy już przełamiesz tę barierę w głowie, że możesz sobie życzyć absolutnie wszystkiego to tysiąc życzeń nie wystarczy, nawet jeśli na początku wydawało się niemożliwością wymyślenie takiej ilości. Ja już wiem, że na tysiącu nie poprzestanę (zostało mi niecałe dwieście).

 

Życzę sobie, aby Tysiąc życzeń przyniosło ci mnóstwo radości i życiową transformację :)