W październiku moimi ulubieńcami były:

1. Wspólna walka Kobiet o wolność wyboru

Po raz pierwszy 3 października, gdy w gronie kilkudziesięciu kobiet i mężczyzn protestowałam w Reykjaviku, wspierając ogólnopolski #czarnyprotest kobiet w Polsce. I po raz drugi 24 października, już w Łodzi.

087544_620Ja nie lubię protestów. Nie lubię tłumów, nie lubię hałasu. Październikowe czarne protesty to były pierwsze manifestacje na których byłam. Pierwszy raz w życiu stałam w tłumie ludzi i protestowałam przeciwko czemuś z całego serca. Na początku krzycząc nieśmiało, półgębkiem nieco, trwożnie się rozglądając, by z czasem zacząć krzyczeć na całe gardło, że nie zgadzam się, nie chcę, nie podoba mi się to co się dzieje, protestuję!

Czułam ogromną potrzebę serca by stanąć wśród innych Kobiet i poczuć, że razem jesteśmy silne. Czułam potrzebę przytulić te wszystkie Kobiety które stały wokół mnie. Chciałabym je wszystkie poznać, pójść z nimi na kawę, posłuchać ich historii.

Czułam wielką moc, wielką dumę i wielką wspólnotę stojąc wśród innych kobiet które, tak jak ja, nie zgadzają się na zaostrzenie ustawy aborcyjnej, nie zgadzają się na przemoc i pogardę, na seksizm i stereotypy, na lekceważenie i poniżanie. Czarne protesty były dla mnie ważną lekcją kobiecości.

 

2. Spotkanie z dawno niewidzianymi koleżankami

coffee-1197760_640

Tak się złożyło, że będąc w Polsce spotkałam się z dwiema wspaniałymi Kobietami, z którymi nie widziałam się od lat. Nie planowałam tych spotkań, ot po prostu „zgadałyśmy się”, okoliczności sprzyjały i ani się obejrzałam jak piłyśmy razem herbatę. Każde z tych spotkań dało mi dużo radości, inspiracji i wdzięczności za to, że tak wiele cudownych Kobiet jest obecnych w moim życiu.

Zaproście na kawę / herbatę Kobietę, której nie widziałyście od lat!

 

 

3. Odstawienie Facebooka na 5 dni. 

W październiku bardzo potrzebowałam facebookowego detoksu. W związku z czarnym protestem i sytuacją wokół projektu ustawy zaostrzającej prawo do aborcji, bardzo dużo czasu spędzałam na facebookowych grupach i stronach, żeby być na bieżąco, przede wszystkim z ustaleniami dotyczącymi strajku, ale też z wiadomościami „z frontu”. W pewnym momencie poczułam, że to dużo za dużo dla mnie. Połączyło się to z projekcją „The sea within„, filmu pokazującego jak ludzie we współczesnym świecie odcięci są od swojej intuicji, od prawdziwych relacji, od bycia w świecie który jest tu i teraz.

Poczułam, że zdecydowanie za dużo czasu spędzam w internecie. Za dużo czasu na Facebooku, YouTube i innych stronach. Poczułam, że mnie to nie karmi, nie rozwija, a wręcz przeciwnie – im więcej i częściej przewijam strony w Sieci, tym bardziej jestem zmęczona, zniechęcona, odseparowana od siebie i od żywych ludzi wokół mnie. Poczułam, że często włączenie Facebooka czy przewijanie Pinteresta w nieskończoność jest sposobem na odcięcie się lub zagłuszenie czegoś. Poczułam, że staję się niewolnicą sprawdzania telefonu.

Zaczęłam od detoksu. Dwóm osobom na FB napisałam, że nie będę dostępna przez najbliższe dni, a w sprawach pilnych mają pisać SMS lub dzwonić. Wylogowałam się z Facebooka na wszystkich urządzeniach i odinstalowałam aplikację w telefonie. Zyskałam szokująco dużo czasu i jeszcze więcej spokoju. Po 5 dniach potrzebowałam się pilnie skontaktować z kimś, do kogo jedyny kontakt mam przez Facebooka, więc zakończyłam detoks. Ale od czasu tego eksperymentu uważniej podchodzę do internetowych pożeraczy czasu. Sprawdzam ze sobą, czy to co właśnie czytam na Facebooku / oglądam na YouTube / czytam na forum, jest czymś ciekawym, wartościowym, prawdziwie relaksującym… czy też robię to kompulsywnie albo dlatego, żeby nie zabrać się za zmywanie ;)

 

4. Książka Eve Ensler „W trzewiach świata”

Część z Was zapewne wie, jak bardzo uwielbiam Eve Ensler, jako autorkę „Monologów waginy” i „Dobrego ciała”, i jako inspirującą Kobietę po prostu.

„W trzewiach świata” to książka która mną wstrząsnęła. Przeczytałam ją w dwa dni, a niektóre zdania do tej pory mam w głowie. Niektóre sceny zostaną mi w głowie na zawsze. Czytałam i miałam poczucie, że ktoś rytmicznie, raz za razem, wali mnie w łeb tępym narzędziem. Czytałam i wstydziłam się za siebie, za swoje narzekanie, swoje wyolbrzymianie małych spraw w moim pięknym, spokojnym życiu.

Eve w jakiś niezwykły, niemożliwy dla mnie wręcz, a przecież tak naturalny i oczywisty sposób połączyła opowieść o swoich zmaganiach z rakiem z opowieścią o gwałconych i torturowanych kongijskich kobietach i historiami na temat niszczenia środowiska naturalnego. A jeśli Wam się wydaje, że te rzeczy mają ze sobą mało wspólnego, to zapewniam was, że jest dokładnie odwrotnie.

Nie wiem, czy mogę napisać – „polecam”. Ale na pewno mogę napisać „warto przeczytać”. Warto.

 

I wreszcie ostatnim, najulubieńszym ulubieńcem października był…

5. Szelest liści pod butami!