Wychodzę z domu. Na spacer. Idę sama, bo tylko wtedy jestem w stanie poświęcić całą swoją uwagę temu, co dzieje się wokół mnie. Przed moim domem widzę dziewczynki. Wyglądają podobnie. We włosach mają kokardy, trzymają się za ręce i ciągle szepczą sobie coś na ucho i… chichoczą. Pewnie powierzają sobie tajemnice. Mówią o poważnych sprawach i tych mniejszych sekrecikach także. Idę dalej. Grupka nastolatek mija mnie wykrzykując coś na temat miłości czy nienawiści. Trudno mi wychwycić coś z tej zbitki głosów. Patrzę na nie. Trzymają się pod ręce. Jedna komentuje coś głośno. A inne jej przytakują. Wiwatują nad tym, co przed chwilą usłyszały, jak gdyby to była kwintesencja życia. Dochodzę do parku i siadam na ławce. Tu także są. Dwie mamy ze swoimi nowonarodzonymi pociechami. Siedzą na ławce bądź spacerują pchając przed sobą wózki. Wymieniają się uwagami na temat kaftaników, karmienia piersią czy koloru kupki. Czasami pojawi się inna, bezdzietna. Wprowadza zamęt z nowym tematem, który nie dotyczy dzieci. Nagle zza zakrętu wychodzą kolejne. Panie są już w dojrzałym wieku, ale również one także nie chcą być same. Wspierają się, wymieniają wspomnieniami, podpytują o wnuczki.

Wychodzę z domu. Sama. Obserwuje, myślę, podziwiam. Aż dochodzę do miejsca, gdzie umówiłam się z nią. Moją przyjaciółką. I teraz my, tak bardzo podobne, jakbyśmy były zrośnięte głowami, rozpoczynamy nasz seans pełen analizy życiowych mądrości, dzielenia się sekretami i wymianą doświadczeń związanych z partnerami. Co i raz kończymy za siebie zdania wybuchając gromkim śmiechem.

Bo tak już jest z nami, kobietami. Zawsze w stadzie. Bo w stadzie siła. Kobieca siła.