Wyszłam na ulicę z cipką na wierzchu

Trochę się denerwowałam jak będzie. Czy wszyscy będą się gapić? Czy ktoś skomentuje niewybrednie, a może wręcz przeciwnie, powie jakieś miłe słowo o mojej cipce? Pogratuluje odwagi, spojrzy zszokowanym wzrokiem albo uśmiechnie się z politowaniem, popuka się w czoło, pozazdrości, zapyta skąd ten pomysł albo nazwie feministyczną wariatką? W końcu nie co dzień widuje się na ulicy kobietę z cipką ot tak, na wierzchu.

Mój „cipkowy” naszyjnik od VulvaLoveLovely, który z niekłamaną radością założyłam niedawno po raz pierwszy i dumnie w nim paradowałam, obnosząc moją cipkę na wierzchu, skłonił mnie do ponownych rozmyślań nad tą emocjonującą częścią kobiecego ciała.

Jaki macie w głowie przekaz na temat cipek/wagin/wulw/pierożków/muszelek/sromów/ciasteczek/joni i jak-je-zwał-tak-zwał? Że są fajne, ładne, ważne i seksowne? Czy może… no właśnie? Może nie?

Pamiętam jak z wrażenia prawie się przewróciłam, gdy kiedyś mój ówczesny partner ni z tego ni z owego wypalił, że moja cipka jest taka piękna i smaczna. O matkomatkomatko, każda kobieta powinna to słyszeć pięć razy dziennie codziennie, mówię Wam, to jeden z najpiękniejszych, najseksowniejszych i najbardziej autentycznych komplementów jakie usłyszałam w życiu. Piękna i smaczna, w opozycji do głupich dowcipów na temat waginy o smaku rybnym; w opozycji do przekonania wielu kobiet, że ich waginy są nieforemne/nieładne/krzywe/niewydarzone.